Czy Izrael zaatakuje Iran?

Mamy powrót do sytuacji sprzed dekady. W 2010 roku premier Izraela Benjamin Netanjahu walczył o polityczne przetrwanie. Był o krok od podjęcia decyzji o ataku militarnym na irańskie instalacje nuklearne w Iranie. Udało się temu zapobiec tylko dzięki zdecydowanemu sprzeciwowi prezydenta Obamy. W dniu dzisiejszym sami Amerykanie eskalują napięcie na Bliskim Wschodzie, a izraelski szef rządu jest w jeszcze trudniejszym położeniu: został postawiony w stan oskarżenia o korupcję, a Izrael znajduje się w politycznym chaosie. Czy czeka nas zatem realizacja planów izraelskiego ataku na Iran?

Historia kołem się toczy…

Kiedy w 2010 roku odbywałem spotkania z przedstawicielami władz w świecie arabskim, część z nich trzymała kciuki…za Izrael. Sunnickie, bogate kraje Zatoki Perskiej liczyły, że premier Netanjahu wykona ,,brudną robotę” i zbombarduje irańskie instalacje nuklearne. Scenariusz ten byłby niewątpliwie korzystny przede wszystkim dla Arabii Saudyjskiej i ZEA pod warunkiem, że takie działania miałyby wsparcie wojskowe Stanów Zjednoczonych. Bez amerykańskiego udziału nie udałoby się bowiem zniwelować retorsji Iranu, w tym blokady Cieśniny Ormuz.

W dniu dzisiejszym uwarunkowania geopolityczne wydają się analogiczne, Dziesięć lat temu rząd izraelski obawiał się, że irański program nuklearny wejdzie w tzw. ,,strefę immunitetu”. W takiej sytuacji uzyska technologię i materiały do budowy bomby atomowej, a jakiekolwiek działania militarne nie będą miały już wtedy znaczenia. Administracja Obamy wybrała jednak inną drogę i dzięki pośrednictwu sułtana Omanu Kabusa wynegocjowała ,,za plecami” Izraela porozumienie z Iranem. Niemniej po zabiciu dowódcy Sił Al-Kuds generała Kasema Sulejmaniego, 6 stycznia 2020 roku Iran ostatecznie potwierdził, że wycofuje się z tej umowy. W takiej sytuacji zamierza wznowić proces wzbogacania uranu…

Rzeczywistość to kwestia percepcji…

Takie założenie jest kluczowe w geopolityce. Ma ono również swoje zastosowanie w kontekście irańskiego programu nuklearnego. Izrael chce, aby świat wierzył w jego gotowość o militarnym ataku na irańskie instalacje jądrowe. Iran utwierdza wspólnotę międzynarodową w przekonaniu, że ma technologię do budowy bomby atomowej. Jest tylko kwestią decyzji przywódcy duchowego Alego Chamaneiego o jej implementacji. Z kolei Amerykanie wszystkie opcje ,,trzymają na stole” i nie wykluczają rozwiązań militarnych. Sprawą otwartą pozostaje jednak, czy w przypadku obecnej eskalacji konfliktu percepcja będzie ważniejsza od faktycznych działań. Pojawił się bowiem bardzo groźny czynnik w polityce międzynarodowej: nieprzewidywalność. W tym przypadku dotyczy ona głównie działań prezydenta Trumpa. Prowadzi do nieprzewidywalności drugiej strony, a to oznacza – chaos…

Atak militarny na Iran niczym koszenie trawy…

W 2010 roku prezydent USA wychodził z założenia, że należy negocjować z Iranem, a nawoływanie przez Izrael i państwa arabskie Zatoki Perskiej do zastosowania siły militarnej jest złym rozwiązaniem. Usłyszałem wtedy od jednego z amerykańskich kolegów porównanie ataku wojskowego na irańskie instalacje do koszenia trawy. Czynność tę trzeba byłoby sukcesywnie powtarzać…Stąd Barack Obama uważał, że wszyscy powinni na Bliskim Wschodzie nauczyć się ,,dzielić sąsiedztwo”.

Amerykanie wiedzieli, że Izrael posiada opracowany na polecenie ministra obrony Ehuda Baraka z 2007 roku plan akcji militarnej na irańskie instalacje. Waszyngton zdawał sobie również sprawę, że problem Iranu jest ,,osobistą obsesją” premiera Netanjahu. Postrzega on regionalne działania Teheranu jako zagrożenie egzystencjalne dla Izraela. Administracja Obamy była świadoma jednak, że istnieją silne podziały na szczytach władzy w Izraelu w kwestii ataku na Iran. Mówił o tym osobiście dyrektorowi CIA Leonowi Panetta jego odpowiednik z Mossadu Meir Dagan. Polskiego pochodzenia szef izraelskiego wywiadu uważał, że akcja militarna przeciwko Iranowi byłaby ogromnym błędem. Podobne stanowisko zajmowali pragmatyczni izraelscy dowódcy wojskowi. Kiedy w listopadzie 2010 roku premier i minister obrony Izraela zwołali spotkanie w sprawie irańskiej usłyszeli od szefa sztabu generalnego generała Aszkenaziego, że izraelskie siły zbrojne nie osiągnęły jeszcze ,,zdolności operacyjnej” do ataku na Iran. Tym samym establishment wojskowy chciał ostudzić gorące głowy polityków. Szefowie służb i dowódcy armii zdawali sobie sprawę, że premier Netanjahu i minister obrony Barak nie posiadają większości w swoim gabinecie popierającej akcję wojskową przeciwko Teheranowi.

Nieoczekiwana zamiana miejsc…

Trudno było oczekiwać, że dekadę później poszczególne strony konfliktu irańskiego zamienią się miejscami. Administracja amerykańska jest stroną eskalująca sytuację wokół Iranu, a Izrael i państwa arabskie Zatoki Perskiej liczą na obniżenie napięcia.

Otoczenie prezydenta Trumpa jest jednak podzielone w tej kwestii. Za utrzymaniem ostrego kursu wobec Iranu opowiadają się wiceprezydent Pence i sekretarz stanu Pompeo. Sekretarz obrony Esper – świadomy sprzeciwu w kręgach wojskowych – zajmuje bardziej wstrzemięźliwe stanowisko. W samym dowództwie amerykańskim wkradł się chaos. Jak przyznał wczoraj były szef Pentagonu Panetta:,, wojskowi szukają decyzji swoich przełożonych”. Żołnierze są zatem pozbawiani podstawowego prawa: bycia dobrze dowodzonym…Przykładem zamieszania w armii amerykańskiej jest oświadczenie dowódcy wojsk amerykańskich w Iraku o wycofaniu sił wojskowych z tego kraju, co zostało następnie zdementowane przez Waszyngton…

Z kolei Izrael zajmuje obecnie w kwestii irańskiej stanowisko wyraźnie ostrożne. Trudno oczekiwać, aby postawiony w stan oskarżenia o korupcję premier Netanjahu znalazł poparcie w swoim gabinecie do włączenia się w działania militarne przeciwko Iranowi. Ponadto Izraelczycy w ostatnim okresie z dużą skutecznością eliminowali aktywa irańskie w konflikcie syryjskim i obserwowali wzrost społecznych napięć antyirańskich w krajach arabskich (m.in. Liban, Irak). Analitycy izraelscy odczytywali to jako znaczne osłabienie wpływów Teheranu w regionie.

Eskalacja konfliktu nie jest również w interesie bogatych państw arabskich Zatoki Perskiej. Emir Kataru wysłał swojego ministra spraw zagranicznych do Teheranu, aby ten uspokoił Irańczyków, że z bazy amerykańskiej Al-Udeid nie nastąpi uderzenie przeciwko celom irańskim. ZEA wycofały swoje siły operacyjne z konfliktu w Jemenie, gdzie – razem z Saudyjczykami – walczyły z proirańskimi plemionami Al-Huti. Ponadto Emiratczycy prowadzą od kilku tygodni zakulisowe rozmowy z Teheranem w kwestii stabilizacji sytuacji w regionie. Stąd eliminacja generała Sulejmaniego przez Amerykanów była dla nich wyraźnym zaskoczeniem. Z podobnym przesłaniem do Waszyngtonu udał się w ostatni weekend syn króla Arabii Saudyjskiej wiceminister obrony Chalid bin Salman. Saudyjczycy otworzyli kilkanaście dni temu kanał kontaktów z Iranem w sprawie rozwiązania konfliktu w Jemenie. Irakijski premier Mahdi podjął się wysiłków negocjacyjnych i zamierzał spotkać się w tej kwestii z irańskim generałem Sulejmanim w dniu jego śmierci. Skierowanie przez Teheran działań retorsyjnych wobec Rijadu mogłoby nie tylko zdestabilizować wydobycie ropy naftowej w Królestwie, lecz również generować znaczny wzrost napięć wśród saudyjskiej mniejszości szyickiej w Prowincji Wschodniej.

W tym świetle należy oczekiwać, że działania odwetowe Iranu skupią się na aktywach amerykańskich. Teheran wykorzysta bowiem tymczasowo sprzyjające jego interesom okoliczności międzynarodowe i nie zastosuje retorsji przeciwko państwom regionu bliskowschodniego. Będzie dążył natomiast do trwałego osłabienia obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej, w tym wycofania sił amerykańskich z Iraku.