Wymiana elit – droga donikąd…

Niedawno podczas leśnego spaceru spotkałem parę osobników płci męskiej wymieniających żarliwie poglądy. Język jakim się posługiwali nie był zbyt skomplikowany. Jednak nie to jest tutaj najważniejsze. Wszak obecny prezydent Stanów Zjednoczonych używa słownictwa jakie stosują w swoim jeszcze beztroskim życiu ośmiolatkowie. Tak przynajmniej wykazała analiza ponad 30 tysięcy słów gospodarza Białego Domu przygotowana przez specjalistów. Jak napisano: ,,słownictwo i struktura gramatyczna są najprostsze” od czasów prezydenta Hoovera czyli od 1929 roku. Jak nie wierzyć, że historia zatacza koło… Zawsze można jednak argumentować, iż istotna nie jest kwiecistość tego, co wydobywa się z naszych ust. Liczy się bowiem argumentacja…

Zatem dwaj panowie, których spotkałem w lesie, doszli do wspólnej konkluzji: teraz wiele ulegnie zmianie – zabierzemy im wszystko…Nie wchodziłem w polemikę z nieznajomymi, lecz z determinacji z jaką dyskutowali łatwo wywnioskować, że nie żartują. Faktycznie chcieliby zmienić porządek i zasady dystrybucji dóbr w społeczeństwie. Osobnikami nie warto byłoby się przejmować, gdyby tego typu opinii nie można było usłyszeć coraz częściej. Nie tylko w Polsce….Niekoniecznie zatem trzeba pracą i wysiłkiem budować kapitał. Łatwiej jest go po prostu zabrać opierając się na zasadzie tak zwanej ,,sprawiedliwości społecznej” nazywanej ,,równością” lub przez niektórych ,,solidarnością”. Niezbędnym warunkiem realizacji tego celu jest jednak wymiana szeroko pojętych elit. One bowiem posiadają większość kapitału. Stąd tylko jeden krok do systemu dobrze znanego z przeszłości-komunizmu. Nikt do niego jednak otwarcie nie chce wrócić i ponownie przeprowadzać rewolucję. Wszak – jak twierdził francuski polityk Alexis de Tocqueville – nie rozpoczynają ich ludzie, którzy nie mają nic, lecz ci, którzy boją się utracić wszystko. Czyli często właśnie elity…

Z natury jestem kapitalistą gdyż pamiętam socjalizm…Czasami jednak wielu z hipokryzją mówi o socjaliźmie. Generalnie opiera się on na redystrybucji bogactwa przez rząd. W części założenie to jest słuszne, gdyż powinno doprowadzić do zmniejszenia nierówności poszczególnych grup społecznych. Nie o to jednak chodzi. Rzecz bardziej w wyrównywaniu szans. Załóżmy, że podrzucę sąsiadowi milion złotych, a mieszkającemu obok – sumę o sto tysięcy większą. Czy ten pierwszy będzie szczęśliwy. Prawdopodobnie nie, gdyż zapyta dlaczego ten obok dostał więcej? Trudno mieć do niego pretensje. Tak bowiem reaguje nasz mózg – jest bardziej wrażliwy na bogactwo relatywne niż bezwzględne.

Czy zatem prosta dystrybucja pieniędzy przez władzę jest jej sukcesem? Czy też środkiem do wymiany krytycznych wobec niej elit? Pytanie wydaje się retoryczne… Działanie takie świadczy bowiem o tym, iż rząd nie potrafi w sprawny sposób zagospodarować środków finansowych uzyskanych z podatków i stworzyć efektywnego systemu ich redystrybucji odczuwalnego we wszystkich warstwach społeczeństwa w postaci sprawnie funkcjonującej służby zdrowia, systemu edukacji etc. Obywatel poprzez rozdawnictwo otrzymuje jednak konkretną sumę pieniędzy i przymyka oko na to, od kogo one pochodzą. Nie jest dla niego istotne, iż w tym samym czasie inny jego rodak nie ma poczucia, iż zyskuje cokolwiek na tym, że jest częścią wspólnego systemu zwanego społeczeństwem. Odnosi jednak coraz bardziej wrażenie, że – jak powiedziała była brytyjska premier Margaret Thatcher – ,,nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”. Można polemizować nad tym czy Żelazna Dama miała rację. Trudno jednak kwestionować tezę, że nie istnieje społeczeństwo bez elit. Tej grupy społecznej nie da się po prostu wymienić czy też ukształtować tak, jak chciałaby tego dokonać sprawującą w danym kraju władza. Stworzyć sferę społeczną bezkrytycznie legitymizującą działania rządzących. Na szczęście prawdziwe elity wyłaniają się same. Zawsze są ważnym rozdziałem w dziejach narodu. Kiedy próbuje tego dokonać władza, jej elita staje się tylko przypisem w książkach historii…