Epitafium dla Hosniego Mubaraka …

Trudno w kilku akapitach na blogu opisać 30-letnie rządy zmarłego w tym tygodniu byłego prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka. Tym bardziej nie jest to łatwe, gdyż był to mój ,,ulubiony” dyktator. Ktoś spyta: dlaczego ,,ulubiony”? Odpowiem krótko: gdyż był kompetentny.

Stąd odniosę się w skrócie do dwóch wydarzeń z wieloletniej kariery Mubaraka. Pierwsze dotyczy jego wizyty w Polsce. Kiedy przyleciał w 2008 roku do Warszawy spotkał się w wąskim gronie z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Strona polska pytała go wtedy o prognozę rozwoju sytuacji na Bliskim Wschodzie. Wyrażaliśmy bowiem wielkie uznanie dla doświadczenia i roli jaką prezydent Egiptu odgrywał w regionie i generalnie – w polityce światowej. Wiedział, że zna swoją wartości i dał to po sobie poznać również podczas wizyty w Polsce. Niczym współczesny faraon podkreślał, że bez jego ,,kluczowej roli w regionie” nie jest możliwe rozwiązanie konfliktu arabsko-izraelskiego. Było to założenie jak najbardziej prawdziwe, gdyż Egipt uczestniczył we wszystkich fazach negocjacji strony palestyńskiej z Izraelem (słynna jego uwaga do Arafata: ,,podpisz psie!”, kiedy lider OWP ociągał się z parafowaniem jednego z dokumentów). Nie doceniał jednak frustracji narastającej w społeczeństwie egipskim. Kiedy spytaliśmy go o sytuację wewnętrzną (istniały już sygnały o narastającym niezadowoleniu spowodowanym korupcją rodziny Mubaraka, w tym szczególnie syna Gamala, którego szykował na swojego następcę) odpowiedział, że ,,jest ojcem narodu i dobrze zna swoje dzieci”. Okazało się, że nie mógł mylić się bardziej…

Trzy lata później po wybuchu ,,arabskiej wiosny” nie potrafił zrozumieć, jak ,,jego dzieci” mogły zwrócić się przeciwko swojemu ,,ojcu”. Popadł w stan depresyjny. Nie chciał z nikim rozmawiać z najbliższego otoczenia. Przestał ufać rodakom i odmawiał podania się do dymisji. Wiedział, że egipski establishment wojskowy poświęci go nie dla dobra rewolucji, lecz ratowania własnych wpływów. Frustracja narastała po tym, jak prezydent Obama wezwał go do odejścia ze stanowiska. Hosni Mubarak przestał ,,czytać” politykę międzynarodową. Obszar, w którym tak sprawnie poruszał się przez kilkadziesiąt lat, a Egipt – kraj przez niego rządzony – był głównym filarem stabilności na Bliskim Wschodzie. Wykonał wtedy rzecz dość nietypową dla zdesperowanego przywódcy arabskiego – zadzwonił do swojego wieloletniego przyjaciela. Niewielu wiedziało, że jest nim generał Benjamin Ben-Eliezer i były minister obrony Izraela. Prezydent Egiptu nazywał go Fouad, a panowie znali się od ponad dwudziestu lat i rozmawiali po arabsku. Izraelczyk był irackim Żydem, który wyemigrował do Jerozolimy. Jak przyznawał były minister obrony Izraela: Mubarak czuł się bardzo zawiedziony trwającymi protestami. Pierwszej nocy, kiedy wybuchły zamieszki, starał się je bagatelizować. Później jednak w rozmowach ze swoim izraelskim przyjacielem przyznał, że jest to ,,prawdziwa rewolucja”. Był bardzo zły na Amerykanów, którzy żądali od niego ,,poddania się woli demokracji”. ,,Jak mam budować demokrację w Egipcie i pogodzić to z prawem szariatu?” – pytał Mubarak. Po kilku dniach uległ presji swojego szefa wywiadu generała Sulejmaniego i udał się do Szarm el Szejk, gdzie podał się do dymisji. Jak twierdził: ,,Sulejmani zapewnia, że wszystko się ułoży, kiedy odejdę”. Dokładnie 500 dni później nowym prezydentem został przedstawiciel Bractwa Muzułmańskiego Mohamed Morsi, który okazał się skrajnie niekompetentny. Eksperyment z demokracją w krajach arabskich, który doprowadził do przejęcia władzy przez odłamy Bractwa Muzułmańskiego, skończył się fiaskiem. W części państw mamy kolejnych dyktatorów (w tym w Egipcie), w innych – dezintegrację rządów i kolejne protesty społeczne (Libia, Irak, Algieria, etc.). Żadne z tych rozwiązań nie przyczynia się w takim stopniu do stabilności na Bliskim Wschodzie, jaką gwarantował Hosni Mubarak.

Były prezydent Egiptu nie wiedział jednak, kiedy czas odejść. Nie miał okazji poznać dowcipu, który powstał w tym tygodniu na ulicach Kairu: pan Bóg mówi do Mubaraka przed śmiercią: Hosni, czas się pożegnać z Egipcjanami! A dokąd oni odchodzą? – spytał były prezydent. Nie widział jednak, że dzwon bije dla niego…