Koronawirus przegania bankierów do ,,dzielnic biedoty”…

Epidemia koronawirusa zbiera swoje ,,żniwo” również wśród najbogatszych warstw społeczeństwa na Zachodzie. Większość pracowników banków inwestycyjnych w londyńskim Canary Wharf, Fleet Street oraz nowojorskiego Wall Street poddana została kwarantannie i pracuje z domu. Innych jednak ,,przeniesiono” w mniej ciekawe miejsca, gdzie firmy sektora bankowego wynajęły nieruchomości na wypadek sytuacji kryzysowych (pożary, awarie, etc.). Problem w tym, że ,,oszczędni” bankierzy nie chcieli zbyt wiele inwestować w ,,rezerwowe biura” w Londynie i Nowym Jorku, gdzie ceny wynajmu są bardzo wysokie, zakładając że nie będzie potrzeby korzystania z nich. A jeśli tak – to w perspektywie czasowej obliczonej raczej na godziny, aniżeli dni czy też tygodnie. Stąd wybrano ,,mniej prestiżowe” lokalizacje, zamieszkiwane na co dzień przez warstwy społeczeństwa o niższych dochodach.

Najbogatsi mają najgorzej…

Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że ,,przeniesienie” dotyczy głównie tzw. tradersów, czyli osób odpowiedzialnych za obrót instrumentami finansowymi. To zwykle oni są najlepiej wynagradzani na rynkach giełdowych, otrzymują największe bonusy, etc. I tak pracownicy najbardziej prestiżowego banku inwestycyjnego na świecie – Goldman Sachs – będą ulokowani w Croydon, jednej z najbiedniejszych dzielnic Londynu, JP Morgan – w Basingstoke. Znaczna część innych instytucji bankowych posiada ,,rezerwowe” lokalizacje w Luton, mieście uważanym przez wielu Brytyjczyków za najgorsze do zamieszkania w Zjednoczonym Królestwie.

Z kolei w Nowym Jorku Morgan Stanley przygotowuje ,,lokalizację rezerwową” w Purchase – dość bogatej destynacji położonej prawie godzinę jazdy od Wall Street. Problem jednak w tym, że miejscowość ta znajduje się bliżej New Rochelle, miejsca gdzie wykryto w ostatnich dniach kilka przypadków zarażenia COVID-19. W tym kontekście widać, że epidemia koronowirusa pisze własne scenariusze, a rozwiązania ,,rezerwowe” skrupulatnych bankierów szybko stają się nieaktualne. Trzeba uważać zatem, aby przenosząc swoje miejsce pracy ,,nie wpaść z deszczu pod rynnę”…

,,Pół na pół” – salomonowe wyjście?

Jednak część instytucji sektora finansowego (m.in. Credit Suisse) przyjęła inną strategię podtrzymania aktywności w czasie epidemii koronawirusa. Kwarantanna ma charakter grupowy i pracownicy zostali podzieleni na odpowiednie zespoły (tzw. split teams). Działają one przynajmniej w dwóch miejscach. Skład osobowy takich zespołów pozwala im na całkowitą niezależność merytoryczną. Znajdują się w nich bowiem specjaliści z wielu dziedzin, jak również kierownictwo różnego szczebla. Takie rozwiązania przyjęły banki między innymi we Włoszech i Francji. Część osób pracujących w ,,rezerwowych lokalizacjach” znajdujących się na obrzeżach miast chwali sobie takie rozwiązania. Potrzebują mniej czasu na dojazdy do pracy niż do centrum. Niemniej jednak w przypadku przedłużenia się epidemii na kolejny kwartał (co należy zakładać) pracownicy bankowi będą zmuszeni dołączyć do pozostałych kolegów i realizować swoje zadania z domu. Największy problem mogą mieć tradersi, których aktywność na rynku akcji wymaga spełnienia najwyższych wymogów bezpieczeństwa. Ich zapewnienie w warunkach domowych byłoby praktycznie niemożliwe. Stąd narastają obawy wśród kierownictwa banków inwestycyjnych o praktyczny (tj. kadrowy) wymiar realizacji działań przez instytucje finansowe na rynkach międzynarodowych. Jak pisałem wcześniej – świat finansów oczekuje bardziej epidemiologicznego rozwiązania problemu COVID-19 niż wykorzystania przez rządy państw instrumentów polityki monetarnej i fiskalnej. Brak faktycznego powstrzymania rozprzestrzeniania koronawirusa będzie w dalszym stopniu siał strach na giełdach. Niezależnie od tego czy będzie się pracować w biurze, czy też w domu…