Wymiana generacji – millenialsi idą po władzę

Generacja Y czyli millenialsi (pokolenie urodzone w latach 1981-96) coraz szybciej pnie się w górę i zdobywa szczyty władzy. W grudniu 2019 roku premierem Finlandii została Sanna Marin (34 lata), w styczniu 2020 roku Sebastiana Karza (33) ponownie zaprzysiężono na kanclerza Austrii. Wcześniej szefem rządu w Nowej Zelandii nominowano Jacindę Ardern (39), a w Salwadorze – Nayiba Bukale (38). Przejmują oni stery w kontekście szerokich protestów młodych ludzi, które w ubiegłym roku przetoczyły się od Bliskiego Wschodu (Liban, Irak, Algieria) po Amerykę Południową (Chile, Brazylia). Ich przekaz jest jasny: SYSTEM NIE DZIAŁA! Winston Churchill zwykł mawiać, że gdy jest się młodym to kierujesz się sercem – wtedy można być liberałem. Kiedy jednak po czterdziestce ciągle się nim pozostaje to sygnał, że brakuje rozumu…Obecna zmiana generacji na szczytach władzy wydaję się podważać to stwierdzenie.

Millenialsi ,,biorą sprawy w swoje ręce”

Powszechna frustracja występująca wśród młodych ludzi spowodowana między innymi coraz większymi różnicami w podziale kapitału, zmianami klimatycznymi i stagnacją skorumpowanych systemów politycznych zmieniła ich perspektywę postrzegania świata. Nie chcą oni już dalej czekać, kiedy starsze pokolenia dzierżące władzę przewartościują swój stosunek do kluczowych dla nich problemów. Millenialsi sami zatem ,,biorą sprawy w swoje ręce”. Pomimo młodego wieku – jak na liderów – posiadają już doświadczenia kryzysu gospodarczego z 2008 roku i świadomość, że ,,starsi” nie zreformują wadliwego systemu, który sami stworzyli. Mają bowiem zbyt wiele do stracenia…

Matt Henn, brytyjski profesor socjologii z Uniwersytetu Trent w Nottingham zajmujący się zmianami pokoleniowymi twierdzi, że obecnie młodzi ludzie są ,,bardziej” liberalni niż poprzednie pokolenia. Ich opinie na temat zmian klimatycznych, wspierania inwestycji na cele publiczne nie znikną wraz z wiekiem – jak twierdził Churchill. Są to bowiem dla nich wartości fundamentalne. Nie jest oczywiście prawdą, że wszyscy millenialsi to liberałowie (kanclerz Austrii jest konserwatystą. Rządzi jednak przy udziale liberalnej Partii Zielonych). Ich wspólna cechą jest większa otwartość na postulaty młodych ludzi.

Podobne tezy prezentuje wpływowy przedstawiciel starszego pokolenia (82 lata) i twórca Światowego Forum Gospodarczego w Davos – Klaus Schwab (pisałem wcześniej dość krytycznie o tegorocznej edycji tej imprezy). Twierdzi on, że został stworzony ,,system”, który wynagradza nielicznych, nie spełnia oczekiwań młodych ludzi w zakresie inwestycji w dziedzinie edukacji, infrastruktury i zmian klimatycznych. Zwraca uwagę, że w zbyt wielu społeczeństwach występuje problem ,,generacyjnej” akumulacji dóbr i zatrzymany został proces mobilności bogactwa. Łatwo to pokazać w Stanach Zjednoczonych, gdzie prowadzone są szerokie badania w tym zakresie. O ile pokolenie baby boomers (1946-64) zgromadziło w 1990 roku 20 % kapitału, to Generacja X (1965-80) miała w tym samym wieku w 2008 roku – mniej niż 10%. Z kolei millenialsi byli w 2018 roku w posiadaniu tylko 3%…Ma to jednocześnie miejsce w kontekście zdecydowanie większego obciążenia długiem narodowym młodszych pokoleń. Kiedy w latach 80-tych rzadko przekraczał on w USA 40% PKB, o tyle pod koniec 2019 roku dług federalny wyniósł ponad 105%.

Krótko mówiąc – młodzi ludzie zostają pozbawiani szans, jakie posiadały starsze pokolenia: jeżeli urodzisz się w nędzy, to nie musisz umrzeć w nędzy…Oczywiście nie trzeba zgadzać się z tym założeniem. Jednak faktycznie kurcząca się klasa średnia w społeczeństwach zachodnich, coraz większe zadłużenie młodych ludzi spłacających pożyczki po studiach czy też brak możliwości nie tylko kupna swojego mieszkania, lecz również jego wynajęcia (zjawisko wyludniania się Kalifornii czy też większości centrów metropolii ze względu na wysokie koszty utrzymania) potwierdzają tezę, że ,,system nie działa”. Przynajmniej tak jak powinien…

Czy zaczęło się od bogatych krajów arabskich?

Może wydawać się to surrealistyczne, ale pierwszy sygnał zmiany pokoleniowej na szczytach władzy wyszedł z konserwatywnych, bogatych krajów arabskich Zatoki Perskiej. W zdominowanych na Półwyspie Arabskim rządach monarchii absolutnych zawsze dominowało pierwszeństwo starszeństwa. Stąd trudno było sobie wyobrazić dobrowolne ustąpienie emira lub przekazanie systemu sprawowania władzy przez króla młodszemu pokoleniu.

Podobnie jak większość insiderów zostałem zaskoczony decyzją emira Kataru Hamada al-Thaniego, który w 2013 roku abdykował. Znając dobrze sytuację w tym państwie wiem, że nie zostało to podyktowane ,,walką o tron”. Ojciec po prostu uznał, że jego 33-letni syn Tamim lepiej stawi czoła współczesnym wyzwaniom. Faktycznie – obecny emir Kataru doskonale poradził sobie z blokadą gospodarczą tego państwa przez arabskie kraje ościenne. Nie tylko nie uległ presji, lecz również udowodnił że Ad-Dauha potrafi zręcznie manewrować w świetle napięć geopolitycznych wokół Iranu czy też poszerzać pragmatyczną współpracę z Izraelem (mój wpis o doktrynie izraelskiej).

W innym kontekście należy postrzegać faktyczne przejęcie rządów w Arabii Saudyjskiej przez syna króla – Mohameda bin Salmana (35 lat). Dzięki silnemu poparciu schorowanego ojca zdołał – poprzez klasyczną ,,walkę o tron” – zneutralizować potencjalnych konkurentów, w tym mającego silną pozycję w saudyjskich służbach bezpieczeństwa Mohameda bin Naifa. W zaprzeczeniu do stosowanego od czasów utworzenia Królestwa Arabii Saudyjskiej prawa pierwszeństwa starszeństwa, młody następca tronu całkowicie zdominował kierunki polityki wewnętrznej i zagranicznej. W wymiarze krajowym ogłosił plan dynamicznych reform strukturalnych (Saudi Vision 2030), mających między innymi zdywersyfikować saudyjską gospodarkę opartą obecnie na dochodach ze sprzedaży ropy naftowej. Mohamed bin Salman zdołał zyskać poparcie wśród młodszego pokolenia poprzez ograniczenie wpływów policji religijnej mutawa, zniesienie barier dla aktywności kobiet na rynku pracy czy też otwarcie państwa dla wydarzeń kulturalnych (kina, imprezy sportowe, koncerty muzyczne, etc.). Millenialsi stanowią 26% społeczeństwa saudyjskiego i tworzą generację, która będzie miała decydujący wpływ na dalszy kierunek rozwoju Arabii Saudyjskiej. Dzięki realizowanemu przez wiele lat programowi stypendiów poprzedniego króla Abd Allaha znaczna ich część uzyskała wykształcenie na uniwersytetach zachodnich (również w Polsce) i zajmuje kluczowe stanowiska menadżerskie w saudyjskich firmach. Jednak sam Mohamed bin Salman nie ustrzegł się poważnych błędów na arenie międzynarodowej. Jego porywczy charakter nie pomógł w powstrzymaniu eskalacji wojny w Jemenie, czy też roznieceniu niepotrzebnego konfliktu z Katarem. Jak widać – młodzieńcze atrybuty nie zawsze są dobrym doradcą w sprawowaniu rządów…

,,Pragmatyczny realizm” premier Nowej Zelandii czyli jak to się robi inaczej…

Jacinda Ardern (39 lat) została premierem rządu Nowej Zelandii mniej więcej w tym samym czasie, kiedy dowiedziała się, że będzie matką. Stała się tym samym drugą w historii kobietą – po pakistańskiej premier Benazir Bhuto – która urodziła dziecko będąc szefem rządu. Niewiele później musiała stawić czoła jednej z największych tragedii w historii kraju – masowemu zabójstwo dokonanemu na wspólnocie muzułmańskiej w Christchurch przez prawicowego ekstremistę. Następnie pojawiły się kolejne niesprzyjające okoliczności – wybuch wulkanu oraz epidemia koronawirusa w Chinach, najważniejszym zagranicznym partnerze handlowym. W oczach wspólnoty międzynarodowej pozostał również obraz Jacindy Ardern – matki i pierwszego szefa rządu, który uczestniczył ze swoim kilkumiesięcznym dzieckiem w debacie generalnej Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Tym samym utrwaliła ona swój wizerunek lidera umiejętnie łączącego cechy silnego przywódcy z dążeniem do wyrażania troski o dobro najsłabszych. Ona sama lubi takie działania nazywać ,,pragmatycznym realizmem”.

Premier Nowej Zelandii twierdzi, że w większości państw wyborcy zostają zwabieni do głosowania na ,,twardych mężczyzn”, potrafiących zawierać porozumienia pomiędzy sobą. Obiecują oni społeczeństwom znalezienie prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania. Kiedy tych trywialnych rozwiązań nie ma to udają że nie istnieją również problemy (ocieplanie klimatu, wzrastające tendencje nacjonalistyczne, etc.). W rezultacie – ludzie stracili wiarę w funkcjonowania instytucji, a tym samym – w samo państwo. Kiedy społeczeństwa stają się bezsilne i sfrustrowane to możemy skupić ich uwagę albo – jak w przypadku populistów – poprzez generowanie strachu i fobii lub też – stawić czoła wyzwaniom. Jacinda Arden wybrała to drugie rozwiązanie. Podjęła takie działania po strzelaninie w Christchurch, kiedy rozmawiała z szefami Facebooka, Microsoftu i Google w sprawie ograniczenia siania nienawiści przez ekstremistów na mediach społecznościowych. Udało jej się – wraz z innym przedstawicielem generacji Y prezydentem Francji Emanuelem Macronem – doprowadzić dwa miesiące po masakrze do wspólnego spotkania w Paryżu szefów rządów wielu państw i firm technologicznych. Przyjęto tzw. Christchurch Call – dobrowolne protokoły wyznaczające drogę kooperacji władz państwowych i mediów społecznościowych w kierunku wyeliminowania z nich ,,mowy nienawiści”. Nowa Zelandia nie jest pierwszym krajem, gdzie miała miejsce masowe zabójstwo. Wcześniej nie udało się jednak innym liderom podjąć spójnych działań rozpoczynających walkę z rasistowskimi podłożami tego typu tragedii.

Co dalej ze zmianą pokoleniową w Stanach Zjednoczonych?

Powyższe rozważania dotyczące zmiany generacyjnej na szczytach władzy nie dotyczą Stanów Zjednoczonych. Urzędujący prezydent Donald Trump (73 lata) jest najstarszym Amerykaninem wybranym na to stanowisko, a jego najważniejsi konkurenci w tegorocznych wyborach z Partii Demokratycznej: Joe Biden (77) i Bernie Sanders (78) czy też liderzy w Kongresie dawno przekroczyli już siedemdziesiątkę. Jedyny reprezentant millenialsów Pete Butigieg, który podkreślał że jest ,,przedstawicielem pokolenia masowych strzelanin w szkołach”, przegrał we wstępnej fazie prawyborów Demokratów. Oczywiście sam wiek nie jest tutaj jedynym wyznacznikiem. Bernie Sanders zdołał zyskać swoimi socjalistycznymi postulatami i zwiększeniem wydatków na cele publiczne poparcie znacznej części wyborców młodszego pokolenia, w tym millenialsów. Jest jednak mało prawdopodobne, aby dzięki głosom młodych wyborców udało się mu wygrać elekcję. Statystyki wskazują bowiem, że młodzi ludzie w Stanach Zjednoczonych wykazują się większą apatią wyborczą. Stąd potrzeba jeszcze wielu lat zanim ta grupa społeczna będzie miała istotne znaczenie w wyborze prezydenta USA. Na obecnym etapie możemy na podstawie badań firmy sondażowej Pew stwierdzić, że 57% amerykańskich millenialsów reprezentuje poglądy ,,stale liberalne”, a tylko 12% skłania się w stronę konserwatyzmu. Biorąc jednak pod uwagę specyfikę amerykańskiego systemu wyborczego, opartego na głosach elektorskich, oraz znaczną migrację młodego pokolenia trudno obecnie przewidzieć, kiedy millenialsi wybiorą ,,swojego prezydenta”. Jak pokazuje przykład ostatnich wyborów nie zawsze ,,większość ma rację”. Nie wystarczy bowiem uzyskać poparcie większości Amerykanów – jak to miało miejsce w przypadku Hillary Clinton – aby zamieszkać w Białym Domu. Trzeba jeszcze mieć te głosy ,,właściwie poukładane”…

Krótka refleksja na koniec…

W 1918 roku – w kontekście trwającej I wojny światowej i przetaczającej się przez Europę fali bolszewizmu – ekonomista Irving Fisher ostrzegł swoich kolegów z Amerykańskiego Stowarzyszenia Ekonomicznego o nadciągającym ,,wielkim zagrożeniu” o egzystencjalnym charakterze dla demokracji. Tym zagrożeniem miała być ,,ekstremalna nierówność w podziale kapitału”. Ekonomista ten zapowiadał ,,bezwzględną walkę o dystrybucję bogactwa”. Wielu krytyków takiego założenia twierdzi, że nierówności w podziale kapitału są czymś naturalnym w każdym społeczeństwie. Ich zaostrzenie następuje w przypadków kryzysów ekonomicznych, konfliktów militarnych czy też eskalacji napięć na tle religijnym. To prawda – w takim przypadku jednak społeczeństwa niejako same znajdują usprawiedliwienie dla tego typu nierówności. Jeśli jednak czynniki te zanikną – jak to ma miejsce w większości demokracji – niesprawiedliwa dystrybucja kapitału może zagrozić całemu systemowi czyli samej demokracji…