Czy epidemia zabija człowieczeństwo?

Kiedy pierwszy samolot uderzył w wieżę północną nowojorskiej World Trade Center przejeżdżałem Trzecią Aleją w drodze do pracy. Był 11 września 2001 roku, słoneczny wtorkowy poranek. Niespełna godzinę później w Nowym Jorku zaczął się Armagedon. Bankomaty przestały działać, telefony komórkowe zostały zawieszone. Manhattan odcięto od świata. Zamknięto tunele i mosty, a wieczorem miliony Nowojorczyków – niczym kordony uchodźców w czasie II wojny światowej – pieszo pokonywały kilkanaście kilometrów, aby wrócić do swoich domów. W kolejny weekend po atakach przechodziliśmy przez most Brooklyński, a na horyzoncie mocno tliły się zgliszcza upadłego symbolu potęgi gospodarczej Ameryki – dwóch monumentalnych wież WTC. W powietrzu rozchodził się trudny do zniesienia charakterystyczny zapach spalenizny. Ulice Dolnego Manhattanu zostały pokryte kilkunastoma centymetrami drobnego pyłu. Charakterystyczna była niesamowita cisza i pustka w jednym z najbardziej zwyczajowo ruchliwych miejsc na świecie. Pusta przestrzeń po upadłych wieżowcach została wypełniona przez malutki kościółek. Wielokrotnie przechodziłem wcześniej obok niego. Nigdy jednak nie zatrzymałem się. Teraz było inaczej. Stanęliśmy obok kilkunastu młodych, płaczących kobiet. Były to wdowy strażaków, którzy zginęli 11 września w akcji ratowniczej w WTC. Nieznajomi ludzie podchodzili do kobiet i wyrażali współczucie. Malutki kościółek Świętej Trójcy stał się później symbolem jedności Nowojorczyków. Jak wcześniej niewiele osób dostrzegało tę świątynię w biegu do pracy na Wall Street, tak w czasie narodowej traumy, ludzie nie tylko skupiali się wokół kościoła, lecz również zaczęli zauważać siebie. Amerykanie jednak przetrwali i wyszli z największego w historii ataku terrorystycznego wzmocnieni. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna – dlatego, że mogli być razem…

Symbol walki z apartheidem – Nelson Mandela – rozpoczął swoją autobiografię ,,Długa droga do wolności” od informacji, kiedy się urodził. Był to rok 1918. Jak pisał były prezydent Afryki Południowej – data ta pozostawiła w jego pokoleniu traumę ze względu na dwa wydarzenia: koniec I wojny światowej i wybuch pierwszej globalnej pandemii – ,,hiszpańskiej” grypy. Przez kolejne sto lat ludzie nie mieli już jednak do czynienia z epidemią na taką skalę. Musieli stawić czoła innym wyzwaniom związanym z wybuchami konfliktów zbrojnych, walką z terroryzmem. W przypadku COVID-19 zadanie jest jednak trudniejsze. Nie wiemy bowiem, gdzie znajduje się zagrożenie. Co więcej – potencjalnie każdy z nas może być nosicielem groźnego wirusa. Niezależnie czy jest naszym najbliższym członkiem rodziny, czy też przypadkową osobą napotkaną na ulicy. Najskuteczniejszą metodą zahamowania rozprzestrzeniania się choroby jest samoizolacja. Tym samym nie możemy być razem – jak w przypadku zamachów 11 września, pomagać sobie podobnie jak wcześniejsze pokolenia w trudnych czasach wojny. Zmienia to bardzo wiele w naszych zachowaniach społecznych…

Zagrożenie terrorystyczne na zawsze przekształciło ludzkie instynkty. Pomimo, że Polacy na szczęście bezpośrednio nie doświadczyli tych wydarzeń, to podświadomie przewartościowały one nasz behawioryzm. Wielu z nas staje się momentalnie zaniepokojonymi, kiedy dostrzegamy bagaż porzucony chwilowo na lotnisku. Z każdego globalnego kryzysu zawsze coś pozostaje w nas na stałe. Tym razem coraz bardziej żyjemy z oksymoronem ,,społeczna samoizolacja”. Nasz umysł momentalnie wykrywa oczywistą sprzeczność. Czy można się społecznie samoizolować? Wydaje się to nielogiczne i anormalne. Jednak w czasach epidemii anormalność staje się normą. Jest zaprzeczeniem naszych codziennych, ludzkich zachowań. Dlatego też nie tylko generuje strach, ale również coś gorszego…

,,Samoizolacja społeczna” jest niczym chemoterapia społeczeństwa. Zabijane zostają podstawowe kanały życia. Nie działają instytucje kulturalne, pozamykano restauracje i wstrzymano imprezy sportowe – dziedziny, w których często tworzą się nie tylko więzi międzyludzkie, lecz mają one zazwyczaj pozytywny charakter. Brakuje perspektywy czasowej, kiedy to wszystko się skończy. Istnieją obawy, że pandemia może wrócić w przyszłości…

Steven Taylor, autor książki ,,Psychologia pandemii” i profesor Uniwersytetu Brytyjskiej Columbii twierdzi, że poszczególne warstwy społeczeństwa w różny sposób odczuwają skutki ,,samoizolacji społecznej” i rozwoju pandemii. Inne doświadczenia mają osoby mieszkające w miastach, gdzie proces kwarantanny z upływem czasu ma większy wpływ na nasze zdrowie psychiczne. Na wsiach istnieje bowiem większa przestrzeń do rozładowania napięcia. Widać to również w Warszawie, gdzie część rodzin postanowiła wyjechać ze stolicy…Naukowiec twierdzi, że skutki tych zachowań społecznych w przypadku pandemii mają zasięg długofalowy. Po zakończeniu kryzysu ludzie instynktownie zmieniają miejsca zamieszkania, wybierając przedmieścia i obszary mniej zaludnione. Wcześniej takie zachowania były obserwowane na Zachodzie w czasie napięć zimnowojennych, gdy obywatele przemieszczali się na przedmieścia w obawie przed atakiem nuklearnym na centra miast. Czynniki te powodują jednak, że często w obliczu pandemii odkrywa się inna twarz naszego człowieczeństwa. Niestety nie zawsze pozytywna…

Z perspektywy historycznej pandemie powodowały nie tylko znaczne napięcia w społeczeństwie, lecz również prowadziły do jego trwałych podziałów. W ,,Dekameronie” Giovanni Boccaccio opisywał epidemię z 1348 roku we Florencji. Zwracał uwagę, że ,,obywatel unikał obywatela”, a wśród sąsiadów trudno było znaleźć ,,odrobinę współczucia”. Natomiast ,,ojcowie i matki porzucały swoje dzieci na pastwę losu”. Daniel Defoe relacjonował wybuch choroby w Londynie w 1665 roku:,, groźba naszej śmierci ukradła nam wszystkie więzi miłości i troski o los drugiego człowieka”. W czasach pandemii ludzie zmuszeni są podejmować wyjątkowe decyzję. Rozwiązywać problemy, którym nigdy wcześniej nie musieli stawiać czoła. Lekarze we Włoszech decydują kogo odłączyć od respiratora i pomóc drugiej osobie z większymi szansami na przeżycie. Decyzje do których w obecnych czasach nie jesteśmy przyzwyczajeni, a w chrześcijańskiej kulturze europejskiej mamy zakodowane, że należą do Boga.

W siedemnastowiecznej Wenecji podczas wybuchu choroby mieszkańcy wywozili zarażonych na bezludne wyspy, gdzie dwie trzecie z nich umierało. Gdy epidemia gruźlicy dotknęła rosyjskiego pisarza Antonego Czechowa, w jego twórczości pojawiły się silne akcenty fatalizmu, zwątpienia i niemocy. John Barry, autor książki ,,Wielka grypa”, opisujący pandemię ,,hiszpanki” w 1918 roku zwraca uwagę, że kiedy lekarze i pielęgniarki byli na wyczerpaniu i umierali w szpitalach, znalazło się niewielu wolontariuszy skłonnych pomóc. Zjawisko globalnej pandemii ,,hiszpańskiej grypy” zostało mocno zapomniane przez świat. Pokolenie, które ją przeżyło nie chciało wiele o tym mówić. Powstało niewiele książek na ten temat. Ludzie chcieli zapomnieć. Nie tylko koszmary, które ich dotknęły. Chcieli zapomnieć również rzeczy, których się wstydzą oraz inne – których nie zrobili i nie mieli już szansy, aby uspokoić sumienia. Wiemy, że pandemia COVID-19 zabija normalność. Ważne jednak, aby nie unicestwiła w nas człowieczeństwa…