Moja Jerozolima…

Znam to miasto dość dobrze. Nie tylko z moich wielokrotnych w nim pobytów. ,,Problemem Jerozolimy” zajmowałem się przez kilka lat w ONZ, gdzie Izraelczycy i Arabowie zaciekle próbują przekonać państwa członkowskie, kto był w niej pierwszy. Tym samym rości sobie prawo do ,,zawłaszczenia” Jerozolimy. Liczne rezolucje przyjmowane w Zgromadzeniu Ogólnym lub wetowane w Radzie Bezpieczeństwa nie rozwiązały problemu. Wprost przeciwnie – dały więcej paliwa do zaogniania konfliktu. Kryzysu, którego aspekt religijny nie jest najważniejszy. Kluczowym problemem jest wykorzystywanie religii do celów politycznych przez liderów po obu stronach barykady. A przeciwnicy w tym sporze okopali się porządnie…

Mam przyjaciół po obu stronach konfliktu. Gdy otrzymywałem zaproszenie od izraelskich znajomych do odwiedzenia Jerozolimy zawsze starałem się złożyć wizytę tej ,,drugiej stronie”. Wysłuchać znanych argumentów ,,kto ma rację”. Narracja zawsze była w pewnym sensie podobna. Wspólnym mianownikiem pozostaje powrót do przeszłości. Teraźniejszość ma mniejsze znaczenie. Być może dlatego, że żyjemy właśnie w teraźniejszości i musimy stawić czoła współczesnym problemom. Trudniej pokonać aktualne przeszkody, niż nawiązywać do tego, co wydarzyło się wieki temu…

Podczas mojego pobytu w Jerozolimie mój izraelski znajomy z pasją instruował mnie jak należy oglądać kamienie używane przez króla Heroda z charakterystycznymi fazowanymi cięciami. Chciał tym samym uświadomić mi jak głęboko Żydzi są zakorzenieni w tym mieście. Faktycznie, ich spuścizna sięga w tym przypadku do pierwszego wieku p.n.e. Na długo przed pojawieniem się islamu. Usłyszałem jak w czasach Imperium Osmańskiego Jerozolima popadła w ruinę i dopiero wysiłki inwestycyjne diaspory żydowskiej w XIX wieku (m.in. Mosesa Montefiore, rodziny Rothschildów) pozwoliły ocalić spuściznę narodu żydowskiego. Państwo Izrael doprowadziło natomiast do tego, że dzisiaj miasto rozwija się dynamicznie. Jest w tym jednak tylko połowa prawdy.

Izraelczycy irytują się, kiedy poruszam z nimi kwestię Ir David Foundation, znanej z hebrajskiego akronimu jako Elad. Głównym założeniem jej działalności jest udowodnienie poprzez prace archeologiczne, że ,,te rzeczy” faktycznie miały miejsce. Nie jest to zatem kwestia wiary, lecz faktów…O co zatem chodzi?

W kilku miejscach w Izraelu archeolodzy odkryli wiele reliktów przeszłości, które mają nawiązywać do czasów biblijnych. W latach 90-tych XX wieku jedna z grup badawczych znalazła w Tel Dan na nizinie przylegającej do Wzgórz Golan (anektowanych niezgodnie z rezolucjami ONZ przez Izrael w 2019 roku) inskrypcje odnoszące się do Domu Dawida. Ma to być pierwszy dowód, że król Dawid był postacią historyczną, co potwierdza prawa narodu żydowskiego do zamieszkiwanych obecnie ziem, w tym do Jerozolimy. W ostatnich latach Elad poszerzyło swoje prace wykopaliskowe na terenach wokół Wzgórza Świątynnego w poszukiwaniu kolejnych ,,dowodów” z życia króla Dawida. Spotyka się to ze sprzeciwem wyznawców islamu. Fundacja prowadzi dynamiczną działalność wśród Izraelczyków starając się poprzez liczne show medialne i pokazy wizualne 3-D na terenie wykopalisk zwanych ,,miastem Dawida” przybliżyć króla żydowskiego jego potomnym. Faktycznie jednak, poza sferą reklamową, Elad nie znalazła naukowych przesłanek potwierdzających historyczne istnienie władcy, który – według przekazów biblijnych – zjednoczył Żydów w jeden naród. Powstaje zatem pytanie, czy istnieje inny cel takich działań?

,,Miasto Dawida” znajduje się na terenie Wschodniej Jerozolimy, terytorium anektowanego przez Izrael po wojnie w 1967 roku i uznawanego przez wspólnotę międzynarodową jako obszar okupowany. Elad zdaje sobie zatem sprawę, że od wyników jego prac archeologicznych i ich ,,właściwej interpretacji” może zależeć przyszłość samej Jerozolimy. Nie jest to rzecz niezwykła. W perspektywie historycznej narody starają się potwierdzić prawa do zamieszkiwanego obszaru poprzez ,,dowody historyczne”, gdzie często ,,właściwa interpretacja” zamienia się w ,,fakty”. Nigdzie jednak archeologia nie odgrywa tak kluczowego znaczenia w życiu narodu jak w Izraelu. Premier Dawid Ben-Gurion namawiał archeologów do przeszukiwania ziem celem fizycznego potwierdzenia narracji zawartej w Biblii i ,,nienaruszalnego tytułu własności” do terytorium Palestyny.

Palestyńczycy twierdzą, że nie ma jakiegokolwiek dowodu archeologicznego, że królestwo żydowskie zostało założone przez Dawida i potwierdzającego istnienie świątyni Salomona. Należy to zatem traktować bardziej w kategoriach mitu. Kiedy przybyłem do Ziemi Świętej, mój palestyński przyjaciel pokazał mi inną Jerozolimę. Ujrzałem splendor Haram al-Szarif i znajdujące się w pobliżu szkoły muzułmańskie – madrasy – zbudowane przez mameluków jako symbol muzułmańskiego przywiązania do Jerozolimy. Następnie pojechaliśmy w okolice Jerycha do świątyni Nabi Musa czyli Grobu Mojżesza zbudowanej, aby bronić miasto przed chrześcijanami i znajdującego się niedaleko wspaniałego pałacu Hisham. Kiedy przejeżdżaliśmy obok Betlejem zatrzymaliśmy się przy grobie Racheli. Po zniszczeniu Pierwszej Świątyni, Żydzi zostali zesłani do Babilonu. Podczas swojego pełnego cierpienia marszu mieli iść tą drogą i żalić się Racheli, a ona dodawała im otuchy.

Palestyńczyk zwrócił uwagę, że jego rodacy opiekują się przez wieki tym ważnym dla Żydów miejscem kultu, za co otrzymali od Izraela ,,nagrodę’ w postaci okupacji. Z sondażu przeprowadzonego w 2016 roku przez Emek Shaveh wynika, że 44% Palestyńczyków ze Wschodniej Jerozolimy postrzega działalność archeologiczną Izraela jako jedno z największych zagrożeń dla ich tożsamości. Często po ,,drugiej stronie” sporu usłyszałem argument, że ludzie chcą być częścią czegoś wielkiego i zakorzenionego w historii. Tak buduje się bowiem dziedzictwo. Coś świętego… Nie uzyskałem jednak odpowiedzi, dlaczego przy tej okazji trzeba innych go pozbawiać.

Jerozolima jest niewątpliwie miastem świętym dla trzech religii monoteistycznych. Miejscem, gdzie świętość walczy z mitem. To, co dla jednej strony konfliktu staje się powodem kultu, dla drugiej jest wymówką do wykorzystywania w celach politycznych. Jednak nadanie symbolu świętości pewnemu miejscu jest dla ludzkości zjawiskiem uniwersalnym. Od wieków społeczeństwa wszystkich kultur w ten sposób manifestowały swoją wiarę. Wypracowały tak zwaną geografię sakralną, gdzie miasta, góry i inne zjawiska przyrody posiadały znaczenie duchowe. Dla jednych są one źródłem religii i nadziei, dla innych – zagrożeniem. Podobnie jest z Jerozolimą…

Cztery lata po tym jak nowy prefekt rzymski Poncjusz Piłat prowokacyjnie wtargnął w nocy do Świątyni w Jerozolimie, atmosfera wśród Żydów była napięta. Poczuli się bardziej zagrożeni, kiedy mała procesja, na czele której jechał młody mężczyzna na osiołku, dotarła przez Górę Oliwną i Dolinę Cedronu do Jerozolimy. Można było usłyszeć krzyki mieszkańców ,,Hosanna, ocal nas Synu Dawida!”. Niektórzy ludzie ucinali gałęzie palmowe i machali na powitanie. Wieść niosła, że to Jezus, prorok z Nazaretu w Galilei. Kiedy zbliżał się do miasta, przystanął na chwilę i zapłakał: Jerozolima nie zaakceptuje jego obecności i w niedalekiej przyszłości zostanie surowo ukarana. Święte Miasto miało być zniszczone przez najeźdźców, a wszyscy jego mieszkańcy wymordowani. Jezus przepowiedział, że wspaniała Świątynia Heroda będzie zniszczona i ,,nie ostanie się kamień na kamieniu”. Rzucił tym samym wyzwanie Żydom. Oni odebrali to jako zagrożenie. Początek końca ich Świątyni. Wierzyli, że tylko w niej mieszka Jahwe. Z kolei Jezus dał początek nowej religii, gdzie wierni zupełnie inaczej interpretują Dom Boży. Chrześcijanie przywiązują również inne znaczenie do Jerozolimy. Tam bowiem wiele się zaczęło, ale nic nie uległo zakończeniu…