USA: Prezydent wybierany przez mniejszość

Nominacja Joe Bidena – po wycofaniu się Berniego Sandersa – na kandydata Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 2020 roku stała się formalnością. Będzie on walczył o Biały Dom z aktualnym jego gospodarzem Donaldem Trumpem. Obecny prezydent wygrał jednak poprzednią elekcję głosami mniejszości Amerykanów. Stąd coraz częściej w establishmencie amerykańskim dyskutuje się nad zmianą systemu wyborów prezydenckich. W taki sposób, aby większość decydowała kto zostanie zwycięzcą.

Amerykanie żyją w błędnym przekonaniu…

Ponad połowa obywateli Stanów Zjednoczonych wierzy, że ich prezydent wybierany jest przez większość. W rzeczywistości jednak w ostatnich pięciu elekcjach prezydenckich dwukrotnie wygrał kandydat (G.W. Bush w 2000 r. i D. Trump w 2016 r.), który otrzymał mniej głosów niż jego rywal. Przeświadczenie Amerykanów, że wybory prezydenckie są bezpośrednie i równe (jeden obywatel-jeden głos), jest jednym z powodów, dla którego konserwatywny establishment polityczny w Stanach Zjednoczonych nie chce zmiany ordynacji wyborczej. Z obecnego systemu głosowania elektorskiego najbardziej korzystają bowiem przedstawiciele Partii Republikańskiej, co powoduje że poszczególne głosy Amerykanów w różnych stanach mają inną wagę. Winne temu jest tzw. Kolegium Elektorów (Electoral College) – relikt przeszłości, utrwalający nierówności społeczne w USA oraz czasy, kiedy kobiety i kolorowi mieszkańcy pozbawieni byli prawa wyborczego.

Próby zmiany systemu głosowania

Pierwsza propozycja zmiany systemu głosów elektorskich nastąpiła w 1797 roku. Od tego czasu takich prób było ponad 700 – zdecydowanie więcej niż jakiegokolwiek zapisu w Konstytucji USA. Tylko raz w 1804 roku udało się przyjąć tzw. 12 Poprawkę dotyczącą technicznych kwestii w głosowaniu. W latach 60-tych XX wieku kwestia zmiany elektorskiego systemu wyborczego na powszechny miała poparcie ponad 80 % społeczeństwa amerykańskiego. Poprawka w tej sprawie przeszła przez Izbę Reprezentantów. Została jednak zablokowana w Senacie. Istotne jest, że taka propozycja uzyskała poparcie ówczesnego prezydenta Richarda Nixona. Od tego czasu establishment wyborczy w Kongresie stał się bardziej spolaryzowany. Zatem przyjęcie zmian na Kapitolu w systemie elektorskim staje się mniej realne. Istnieje jednak inna droga…

Rozwiązanie na szczeblu stanowym

W obecnej konfiguracji politycznej w Kongresie USA istnieją iluzoryczne szanse na zmianę elektorskiego systemu wyborów prezydenta. Można to jednak zrobić nie wprowadzając poprawek do Konstytucji USA w taki sposób, że prezydentem zostanie polityk, który wygra głosowanie powszechne. Rozwiązaniem jest National Popular Vote Compact – porozumienie pomiędzy poszczególnymi stanami. Zgodnie z nim wszystkie głosy elektorskie danego stanu przechodzą na kandydata otrzymującego większość poparcia Amerykanów w skali kraju. Wchodzi ono w życie, gdy zastosują go stany dające razem 270 czyli ponad połowę głosów elektorskich. Obecnie w 48 stanach (wyjątkiem jest Nebraska i Maina) stosowana jest reguła ,,zwycięzca bierze wszystko”, to znaczy wszystkie głosy elektorskie otrzymuje ten, kto wygrał stanowe głosowanie powszechne. National Popular Vote Compact został zapoczątkowany w 2006 roku, a zastosowany rok później przez pierwszy stan – Maryland. Do października 2019 roku 15 kolejnych stanów i Dystrykt Columbia przystąpiło do porozumienia, co daje łącznie 196 głosów elektorskich. Problemem jest jednak silna polaryzacja polityczna tego rozwiązania. Jak na razie stosują go bowiem stany, gdzie większość mają Demokraci. Krytykujący tę inicjatywę Republikanie twierdzą, że jest to przykład ,,obchodzenia Konstytucji”. Faktycznie ,,ojcowie Ameryki” nigdy nie odwoływali się w wyborach do głosowania powszechnego. Twórcy Konstytucji dali jednak poszczególnym stanom swobodę w sposobie przyznawania głosów elektorskich.

Prawie jedna trzecia Amerykanów jest zmarginalizowana

Elektorski system wyborczy powoduje, że prawie 100 milionów obywateli USA oddaje swój głos na próżno. Zamieszkują oni bowiem stany, w których nie odbywa się praktycznie kampania wyborcza. Kandydaci zakładają bowiem ,,z góry”, że odniosą tam zwycięstwo lub porażkę. W rzeczywistości poszczególne centrale kandydatów wydają niewspółmierne środki finansowe w stanach, gdzie wynik elekcji nie jest pewny, a zebranie tam głosów elektorskich może przesądzić o wygranej w skali kraju (w tym roku to Floryda, Wisconsin, Arizona, Pensylwania, Północna Karolina, Michigan). Zamieszkuje tam jednak tylko 20% Amerykanów. Pomijani są zatem obywatele żyjący w Nowym Jorku, Teksasie lub Kalifornii – największych stanach od lat głosujących na Demokratów lub Republikanów. Tym samym trudno mówić o równości głosu wszystkich Amerykanów. Gdyby jednak kandydaci mieli świadomość, iż głos każdego Amerykanina waży tyle samo, ich programy wyborcze miałyby szerszy charakter i odnosiły się do potrzeb większej grupy wyborców.

System elektorski przetrwa?

Fakt, że ponad 700 razy podejmowano próby wprowadzenia poprawek do Konstytucji USA zmieniających elektorski system wyborczy świadczy o tym, że nie jest on doskonały. Dlaczego zatem przetrwał? Odpowiedź jest prosta: na przestrzeni lat Demokraci i Republikanie postrzegali wybory elektorskie jako korzystne politycznie. Kolegium Elektorów jest zatem głęboko zakorzenione w polityce, odzwierciedla balansowanie się poszczególnych partii, grup interesów, wpływy ideologii, etc. Jest ono częścią całego ,,układu galaktycznego” polityki amerykańskiej. Nie można go zatem zmienić, pozostawiając nienaruszonym sam system sprawowania władzy.

Krytycy ewentualnych zmian twierdzą, że fakt iż w 2000 i 2016 roku wygrał kandydat, który uzyskał mniejsze poparcie w głosowaniu powszechnym, jest anomalią. Jednak w ostatnich szesnastu elekcjach prezydenckich zmiana liczby głosów mniejsza niż 75 tysięcy powodowałaby przegraną kandydata w najważniejszych stanach i tym samym dawałaby zwycięstwo politykowi, który przegrałby głosowanie powszechne. Natomiast sześciokrotnie wystarczyłoby do tego mniej niż 10 tysięcy głosów. W świetle pogłębiania się polaryzacji nastrojów politycznych w społeczeństwie należy oczekiwać, że powyższe scenariusze wyborcze będą częstsze. Zatem coraz mniejsze różnice w poparciu stanowym dla poszczególnych kandydatów będą decydowały o tym, że ,,zwycięzca bierze wszystko”. Tym samym – coraz większa liczba Amerykanów odda swój głos na przegranego. Stąd w skali kraju możemy oczekiwać kolejnych prezydentów, którzy przegrali głosowanie powszechne. Zostali zatem wybrani przez mniejszość społeczeństwa.

W tegorocznych prawyborach Demokratów większość kandydatów opowiadała się za zmianami w systemie elektorskim. Donald Trump przyznał w 2018 roku, że ,,chciałbym wygrać wybory powszechne. Dla mnie łatwiej jest uzyskać większość głosów…”. Taki jest polityczny punkt widzenia. Każdy z kandydatów będzie preferował system, który ułatwi mu zwycięstwo. Perspektywa wyborcy pozostaje jednak odmienna. Sąd Najwyższy USA w jednej ze swoich opinii dotyczącej procesu wyborczego napisał: ,,Waga każdego głosu nie może być uzależniona od tego, gdzie jest on oddany”. Niemniej rzeczywistość wyborcza w Stanach Zjednoczonych jest inna. Sposób w jaki jest się wybranym kształtuje kampanie wyborcze. Z kolei one kreują kandydata. Ten natomiast, gdy zwycięży – wytycza drogę prezydenturze. W 2016 roku udział w wyborach wzięło 129 milionów osób, a o zwycięstwie Donalda Trumpa zadecydowało 78 tys. głosów w Pensylwanii, Wisconsin i Michigan. Stanowi to 0.6% wszystkich głosów oddanych w tych stanach. Bez zmiany świadomości społecznej Amerykanów w tej kwestii nie dojdzie do korekty systemu wyborczego.

Więcej na temat wyborów w USA: