W poszukiwaniu genu geniuszu…

Gdy pojawiam się w hiszpańskiej Maladze, staram się odwiedzić muzeum – pochodzącego ze stolicy Costa del Sol – malarza Pablo Picasso. Jego obecność jest wyczuwalna na każdym kroku. Lotnisko w Maladze nosi imię największego przedstawiciela modernizmu, sklepy z pamiątkami obwieszone są kopiami jego obrazów. Można nie być fanem tego hiszpańskiego artysty, ale trudno zaprzeczyć, że był geniuszem. Ostatnim razem w lutym tego roku, kiedy złożyłem wizytę w Maladze usłyszałem historię syna Pabla Picasso – Paula. Stała się ona inspiracją do napisania tego eseju i zastanowienia się, czy istnieje gen geniuszu?

Sylwetkę Paula można po raz pierwszy zauważyć na słynnym obrazie ojca ,,Paul jako Harlequin” z 1924 roku. Trzyletni wówczas chłopiec nie wiedział jeszcze, że nie odziedziczy fortuny ojca, a jego życie rodzinne naznaczone będzie tragediami. Ignorowany przez wielkiego malarza, kiedy chciał porozmawiać musiał się za pomocą służby umawiać na ,,audiencję” u ojca. Nie otrzymał jednak rodzicielskiej pomocy tylko posadę jako kierowca. W rezultacie Paulo Picasso nigdy nie miał stałej pracy i żył z pomocy społecznej. Jego depresja przeszła na dzieci. Syn Pablito popadł w alkoholizm i popełnił samobójstwo dwa dni po pogrzebie Paula. W 2001 roku córka Paulo – Marina – napisała wspomnienia ,,Picasso: mój dziadek”. Opisuje w nich jak wielki malarz traktował swojego syna. Wielokrotnie przypominał mu ,,Marnujesz mój czas! Do niczego się nie nadajesz, a ja jestem królem!”.

W tym kontekście warto zastanowić się, dlaczego nawet niewielki fragment sukcesu genialnego malarza nie był obecny w życiu syna? Zanim ,,pochylę się” nad tym pytaniem, przyjrzę się innemu geniuszowi. Tym razem jednak ze świata muzyki. Ludwik van Beethoven należy do najwybitniejszych kompozytorów wszechczasów. W tym roku jest 250. rocznica jego urodzin, co łatwo można zauważyć w mieście urodzenia muzyka – Bonn. Schemat jest podobny jak w przypadku Malagi. Dawna stolica Republiki Federalnej Niemiec jest niejako ,,nasiąknięta” Beethovenem. Rzuca się on w oczy od dworca kolejowego, gdzie znajdują się ogromne plakaty ,,BTHVN 2020”, po pomnik artysty na Munsterplatz – sponsorowany przez węgierskiego kompozytora Franza Liszta. Trudno się dziwić. Niewielu dziś kojarzy z czymkolwiek niemieckie miasto położone nad Renem. Stąd sięgnięto po Beethovena, chociaż sam muzyk spędził w Bonn tylko swoje dzieciństwo. Nie było ono jednak szczęśliwym okresem życia. Urodził się w muzycznej rodzinie, gdzie dziadek był miejskim kappelmeiserem. Wnuk nie poznał jednak swego przodka. Ten zmarł, gdy Ludwik miał trzy lata, a ojciec Johann nie zdołał utrzymać stanowiska naczelnego kapelana miejskiego i popadł w alkoholizm. Biografowie genialnego kompozytora opisują historie kiedy Ludwik – jako mały chłopiec – błagał policję, aby zajęła się pijanym i agresywnym ojcem. Ten jednak nie ,,zapomniał” o swoim synu. Bił go regularnie, zamykał w piwnicy i zmuszał do grania, gdyż jak krzyczał ,,zrobię z ciebie Mozarta!”. Zostawiło to w przyszłym kompozytorze trwałą traumę, którą doskonale przedstawił japoński malarz Yukako Ando. Wyrzeźbił on wpatrzonego w Ren młodego i odizolowanego od świata Ludwika. Trudno powiedzieć, czy była to oznaka depresji, czy też oddalenia się od współczesnych trosk i ucieczka do swojego świata – pierwsza iskra przyszłego geniuszu…Kiedy Ludwik van Beethoven zdobył już sławę i uznanie oraz był świadomy swojej wyjątkowości postanowił nazwać skomponowaną symfonię ,,Eroica” na cześć Napoleona. Zmienił jednak zdanie, gdy Bonaparte ogłosił się cesarzem. Zawiedziony muzyk rzekł wówczas:,, czy również i on jest niczym innym jak zwykłym człowiekiem?”.

Powyższe dwa przykłady genialnych ludzi pokazują inną linię genealogiczną. W pierwszym przypadku geniusz Picasso nie przeszedł na syna, w drugim – syn nie znalazł go w swoim ojcu. Większość z nas mogłaby na tych przykładach skończyć rozważania, gdyż niejako dowodzą one, że gen geniuszu nie istnieje. Dlaczego zatem w powszechnym przekonaniu myślimy, że jest inaczej? Wiele osób stara się usprawiedliwiać zdolności swoich dzieci w pewnych dziedzinach stwierdzeniem: ,,ma to po mnie!”. Jeśli założymy zatem, że przejmujemy zdolności po swoich przodkach, to część z nas ,,rodzi się zwycięzcami” – czyli od samego początku ma łatwiej. Częściowo jest to prawda, gdyż ,,dobrze urodzeni” kojarzą się z posiadaniem znacznego kapitału. Chodzi tutaj jednak bardziej o aktywa finansowe aniżeli wartości intelektualne. Nasuwa się w tym miejscu znane powiedzenie: pieniądze szczęścia nie dają…

W latach 90-tych Syniya Luthar i Karen D’Avanzo, naukowcy z Uniwersytetów Columbia i Yale w Stanach Zjednoczonych, przeprowadzili szerokie badania dotyczące dwóch grup młodzieży w tym samym wieku, pochodzących jednak z rodzin o różnych dochodach. W przypadku rodziców dobrze zarabiających dzieci znacznie częściej wykazywały depresję, sięgały po alkohol i narkotyki. Widać również, że w takich rodzinach spędzały one znacznie mniej czasu ze swoimi rodzicami. Powszechnym wytłumaczeniem jest jego brak, gdyż ,,rodzice ciężko pracują’. Nie jest to jednak prawdą. Wiemy, że zarobki zależą w znacznym stopniu od zajmowanego stanowiska niż przepracowanych godzin. Kilka lat temu rozmawiałem z jednym ze znanych menadżerów na Wall Street, który niejako ,,wyceniał” czas spędzony z synem. Zupełnie szczerze przyznał, że ,,pewne rzeczy” może zrobić za niego służba (m.in. dowóz do szkoły), gdyż jego czas ,,zbyt wiele kosztuje”. Pytanie retoryczne, czy da się ,,wycenić” czas spędzony z rodziną i stracone chwile, które nigdy nie wrócą…Stąd bogaci rodzice często starają się zastąpić swoją obecność innymi atrybutami, w tym pieniędzmi. Czy jednak one motywują dzieci?

Kei Mizuno przeprowadził testy na swoich studentach z Uniwersytetu w Osace. Dostali oni do zrobienia trudne zadania, podczas których sprawdzano metodą fMRI (obrazowanie funkcjonalne rezonansu magnetycznego) aktywność poszczególnych części ich mózgu. Połowa badanych miała otrzymać pieniądze za dobrze rozwiązane zadanie, druga część – została poinformowana, że będzie to dla nich ,,test na inteligencję’. Okazało się, że w drugim przypadku fMRI wykazał znacznie większą motywację do wykonania zadania. Zatem nie tylko prawdą jest, że pieniądze szczęścia nie dają, lecz również – nie są największym stymulatorem naszych wysiłków.

Zawsze miałem tego świadomość kierując ponad stuosobowym zespołem analityków. Wiedziałem, że są to ludzie z wysokim IQ i należy ich ,,umiejętnie” motywować. Oczywiście wszyscy jesteśmy inspirowani w osiąganiu sukcesu różnymi czynnikami. Pieniądze są jednym z nich. Mają one nie tylko status stricte materialny, lecz w pewnych środowiskach świadczą o wysokiej pozycji i szacunku dla wykonanej pracy. Dla wielu przedstawicieli sektora finansowego otrzymywane bonusy za przepracowany rok nie tylko stanowią istotny ,,zastrzyk finansowy”, lecz przede wszystkim stawiają pracowników na określonym ,,szczeblu drabiny w firmie”. Wielu z nas przyzna, że chce zarabiać tak dużo jak to możliwe, ale każdy – więcej niż sąsiad…

W powyższym kontekście możemy powrócić do poszukiwania genu geniuszu. Trudno zmotywować dzieci czynnikami niematerialnymi, tłumacząc że ,,uczysz się dla siebie, a nie dla mnie”. Wiemy, że rzadko przynosi to skutek. Zatem rodzice częściej stosują bodźce finansowe. W większym stopniu oczywiście dotyczy to rodzin bogatych i prowadzi do wyrobienia u dzieci tak zwanego ,,syndromu nasycenia”. Dostatek często jest odwrotnie proporcjonalny do motywacji. Zapewnia on bowiem poczucie bezpieczeństwa materialnego u dziecka i wygasza w jego psychice konieczność ,,walki o przyszłość”. Ważny jest jednak w tym aspekcie jeszcze jeden czynnik – ,,genetyczny fatalizm”.

Często słyszymy, że ktoś jest ,,genetycznie obciążony”. Takie przeświadczenie utwierdza w nas opinię, że geny decydują w znacznej mierze o naszych problemach intelektualnych, psychicznych czy też w życiu osobistym. Wytwarza to w nas ,,genetyczny fatalizm”. Trudno bowiem dokonać wymiany materiału genetycznego, a jedynym rozwiązaniem jest zdanie się na przeznaczenie. Faktycznie jednak ,,genetyczny fatalizm” nie jest naukowo udowodniony. Społecznie powoduje on negatywne skutki w osiąganiu celów głównie przez młodych ludzi. Jeśli bowiem otrzymujemy w genach nasze zdolności lub ułomności to nie jesteśmy w stanie ich kontrolować. Znika zatem motywacja i dążenie do osiągnięcia celu. ,,Genetyczny fatalizm” jest powszechny wśród dzieci geniuszy. Oczekiwania, że pójdą one w ślady rodziców są bowiem ogromne, a potencjał rozczarowania jeszcze większy.

W rzeczywistości jednak prawdziwy ,,gen geniuszu” to przekonanie o wytrwałości w dążeniu do celu poparte ogromną pracą. Spotykana często wśród celebrytów i polityków w Polsce łatwość chwalenia się, że ,,gdy byłem młody to nie umiałem matematyki” lub ,,do matury uczyłem się na kilka dni przed egzaminem” jest bardziej oznaką ułomności niż geniuszu. Brak zrozumienia podstawowej zależności, że prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu jest wprost proporcjonalne do włożonej pracy świadczy o opieraniu naszych losów wyłącznie na szczęściu. Czymś, co jest ważne w życiu, nie przenosi się jednak w genach. Ważne jest, aby pamiętać o tym co powiedział wiele lat temu producent filmowy Samuel Goldwyn: ,,im więcej pracuję, tym więcej mam szczęścia…”