USA: Czy Trump użyje wojska przeciwko demonstrantom?

Obserwując w ostatnim tygodniu wydarzenia w Stanach Zjednoczonych można mieć wrażenie, że nie znajdujemy się w sercu światowej demokracji, lecz w ogarniętej chaosem Wenezueli. Setki wojskowych wozów bojowych oraz funkcjonariuszy Gwardii Narodowej rozmieszczonych na ulicach amerykańskich miast przeciwko protestującym nie łagodzi napiętej po zabójstwie czarnoskórego George’a Floyda atmosfery. Wiele lat pobytu w USA wykształciło we mnie inny obraz Ameryki – kraju zaciekłej i solidarnej walki obywateli przeciwko wspólnemu wrogowi, co było doskonale widać po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 roku. W tamtych okolicznościach trudno byłoby sobie wyobrazić, aby prezydent Stanów Zjednoczonych mógł rozważać wystawienie armii przeciwko wyrażającym swoje niezadowolenie protestującym rodakom. Kiedy jednak Donald Trump zdecydował w ubiegłym tygodniu o rozmieszczeniu w Waszyngtonie żołnierzy słynnej 82 Dywizji Powietrznodesantowej, perspektywa obecnych wydarzeń w Stanach Zjednoczonych ulega zmianie. Analitycy do spraw bezpieczeństwa w USA często używają w dyskusjach o konfliktach międzynarodowych sformułowania, że ,,sprawa jest prostsza do załatwienia niż się wydaje i nie trzeba używać 82 Dywizji…”

Armia amerykańska jest instytucją największego zaufania społecznego. Jednak przez ostatnie dwie dekady rząd USA w zbyt wielkim stopniu polegał na środkach militarnych chcąc rozwiązać problemy w Iraku i Afganistanie. Wydaje się, że Donald Trump stara się popełnić ten sam błąd, tylko na terenie Stanów Zjednoczonych. Kiedy prezydent USA przedstawił podczas wideokonferencji z gubernatorami stanów generała Marka Milleya, przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, jako ,,człowieka odpowiedzialnego” za zdławienie demonstracji, odezwały się protesty wysokich rangą byłych wojskowych amerykańskich. Takie stanowisko ,,głównego dowódcy” – jakim jest prezydent USA – stoi bowiem w sprzeczności z amerykańską tradycją nieangażowania armii w sprawy wewnętrzne. ,,Nie mogę milczeć!” – przyznał na łamach periodyku Atlantic admirał Mike Mullen, poprzedni Przewodniczący Kolegium. ,,Nasi drodzy rodacy nie są wrogami i nigdy nimi nie będą”- dodał. Podobne stanowisko zajął były sekretarz obrony w administracji Trumpa generał Jim Mattis. Oskarżył on prezydenta USA o dzielenie Amerykanów i podżeganie do rozruchów. Z kolei obecny szef Pentagonu i były absolwent West Point Mark Esper – nie chcąc legitymizować ewentualnego wykorzystania wojska do zdławienia demonstracji – wydał oświadczenie odcinając się od prezydenta Trumpa twierdząc, że obecnie nie istnieją przesłanki do implementacji tak zwanej Ustawy o insurekcji z 1807 roku. Czym zatem jest to dawno zapomniane w Ameryce prawo?

Faktycznie Ustawa o insurekcji daje prezydentowi USA prerogatywy do użycia wojska na terytorium Stanów Zjednoczonych celem zdławienia rozruchów społecznych. Jednak gospodarz Białego Domu wykorzystał tę możliwość około dwadzieścia razy i w większości na wniosek gubernatorów stanu. Chociaż ustawa nie wymaga stricte zgody władz stanowych do takich działań, to zgodnie z prawem zwyczajowym, jest ona wskazana. Wyjątkiem są sytuacje związane z bezpośrednim buntem przeciwko rządowi federalnemu albo prześladowaniami kolorowej ludności przez Ku Klux Klan (poprawka wynikająca z wojny domowej 1861-65). W 2008 roku nie została zaakceptowana poprawka poszerzająca uprawnienia prezydenta w tej sprawie, gdyż została odrzucona przez wszystkich 50 gubernatorów. Ostatnim prezydentem, który skorzystał z Ustawy o insurekcji był w 1992 roku G. Bush. Zrobił to jednak na wniosek gubernatora Kalifornii w świetle szerokich grabieży i protestów społecznych w Los Angeles po uniewinnieniu przez sąd policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego Rodneya Kinga.

W obliczu obecnych protestów społecznych w USA związanych z zabiciem George’a Floyda żaden z gubernatorów dotychczas nie wnioskował o rozmieszczenie oddziałów armii. Amerykańscy dowódcy wojskowi podnoszą również kwestię zagrożenia wynikającego z trwającej pandemii COVID-19. Z tego powodu ChRL nie użyła wojska do wprowadzenia i monitorowania kwarantanny w Wuhan.

Zwraca się ponadto uwagę, że żołnierze amerykańscy mogą być postawieni przed poważnym wyborem: realizować rozkazy prezydenta USA oraz naczelnego dowódcy i pacyfikować demonstrantów, czy też odmówić wykonania polecenia na podstawie ,,autonomii moralnej”. W 2010 roku Andrew Milburn, pułkownik Korpusu Piechoty Morskiej stworzył kod etyczny. Według niego żołnierz ma służyć w taki sposób, aby nie szkodzić interesom Stanów Zjednoczonych. Stanowisko takie wywołało wiele kontrowersji w środowisku wojskowym, gdyż dałoby możliwość indywidualnej interpretacji rozkazów, co prowadzi do chaosu w armii. Jednak w 2017 roku obecny przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów generał Mark Milley poparł tak zwaną ,,zdyscyplinowane nieposłuszeństwo”. Żołnierz może odmówić wykonania rozkazu w szczególnych warunkach, kiedy zagrożony jest ,,cel wyższy misji”. Należy to interpretować w świetle słów byłego sekretarza obrony generała Mattisa: ,,żołnierze przysięgali bronić Konstytucji i nie powinni pod żadnymi warunkami działać, aby łamać prawa konstytucyjne obywateli”.

W powyższym kontekście i w obliczu zbliżających się wyborów prezydenckich należy oczekiwać, że ,,wojownicza” retoryka Donalda Trumpa wobec demonstrantów ograniczy się głównie do mediów społecznościowych. Biorąc pod uwagę dotychczasowe groźby amerykańskiego prezydenta użycia środków militarnych na arenie międzynarodowej często dążył on do eskalacji napięcia, aby w ostatniej chwili wycofać się i szukać rozwiązań kompromisowych. Sprzeciw społeczeństwa amerykańskiego oraz establishmentu wojskowego wobec wykorzystywania armii do rozwiązywania kryzysów na terenie USA jest dodatkowym czynnikiem hamującym Donalda Trumpa. Może go to ustrzec przed największym błędem – jaki popełniłby prezydent USA – na przestrzeni wielu lat: zniszczenia wysokiego zaufania społecznego do amerykańskiej armii.