Kryzys gospodarczy – gdzie jest ,,dno”?

W świetle rozchodzącej się w kolejnych regionach świata pandemii COVID-19 główne międzynarodowe instytucje finansowe są zgodne w jednej kwestii: stoimy w obliczu największej od Wielkiego Kryzysu w 1929 roku recesji gospodarczej. Z uwagi jednak na wyjątkowy charakter jej źródeł i brak modelu oszacowania skutków ,,zamrożenia” gospodarek, nikt nie wie jak głębokie będą koszta – zarówno zdrowotne, jak i ekonomiczne. W dotychczasowych prognozach ekonomiści idą zgodnie w jednym kierunku – w dół. Trudno zatem wskazać, gdzie znajduje się dno…

W minionym tygodniu Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) podał prognozy, że globalne straty gospodarcze spowodowane COVID-19 sięgną 12.5 biliona USD w latach 2020-21, gdzie spadek światowej produkcji wyniesie w 2020 roku 4.9%, a w 2021 roku – 5.4% (wykres poniżej: krzywa czarna- produkt globalny, niebieska-państwa rozwinięte, czerwona- rozwijające się, żółta-Chiny).

źródło: MFW

Analitycy MFW zastrzegają, że powyższe szacunki są dość ostrożne i nie zakładają drugiej fai epidemii, która z pewnością nastąpi. W takim przypadku należałoby dodać do spadku produkcji w 2021 roku dodatkowo 2.5%.

Analizy MFW są stosunkowo optymistyczne w porównaniu z prognozami Banku Światowego i OECD. Eksperci pierwszej instytucji oceniają spadek produkcji na poziomie 5.2% w tym roku, a drugiej – 6%. Dane te są dość niestabilne i co kilka tygodni zmieniane z tendencją podwyższania wskaźnika strat. Stąd niektórzy analitycy prywatnych banków inwestycyjnych mówią wprost o dwukrotnie większej redukcji światowej produkcji w tym roku (12-15%). Niezależnie od tego, które oceny okażą się prawdziwe należy oczekiwać, że międzynarodowe instytucje finansowe w dalszym ciągu będą weryfikowały swoje prognozy z tendencją negatywną.

Zasadniczym zagrożeniem dla pobudzenia wzrostu globalnej gospodarki jest powszechny zasięg trwającego kryzysu. Ponad 95% państw odnotowało spowolnienie gospodarcze i brakuje grupy krajów, które stanowiłoby ewentualną ,,lokomotywę finansową”, mogącą pociągnąć inwestycyjnie ogarnięte kryzysem regiony świata. Jedynie Chiny mają szanse zanotować w tym roku 1% wzrost PKB. Prognoza ta wydaje się jednak dość ostrożna w świetle możliwej drugiej fali pandemii.

Pomimo rekordowo niskich stóp procentowych, jakie utrzymują banki centralne w najważniejszych gospodarkach, globalnym problemem pozostaje wysokie zadłużenie sektora przedsiębiorstw oraz spodziewane przez znaczny okres czasu zahamowanie wydatków konsumpcyjnych społeczeństw. Skłonność ludzi do oszczędzania w obliczu kryzysu będzie miała również negatywny wpływ na inwestycje w biznesie, co można było odczuć jeszcze przed epidemią COVID-19 (m.in. w USA). Tendencje te przyczynią się do spadku produktywności i będą hamować ożywienie szczególnie w sektorze usług. Chociaż koszt kredytu będzie utrzymywał się na niskim poziomie to nie przełoży się to istotnie na politykę wydatkowania konsumentów, zajmujących konserwatywną pozycję z uwagi na pogarszający się rynek pracy.

O ile rządy państw rozwiniętych zwiększyły podaż pieniądza, o tyle kraje biedniejsze będą miały większe problemy w tym zakresie z uwagi na groźbę destabilizacji rodzimej waluty. Możliwość uzyskania przez państwa rozwijające się zewnętrznego kapitału będzie determinowana przez sytuację na rynkach kapitałowych. Pogarszające się nastroje na giełdach – spowodowane kolejną falą epidemii – mogą doprowadzić do ucieczki kapitału zewnętrznego z biedniejszych rynków i osłabienia wartości rodzimej waluty.

W świetle złagodzenia skutków pandemii COVID-19 rząd w Warszawie sięgnął – jak przyznał premier M.Morawiecki – po ,,niesłychanie skomplikowane instrumenty finansowe”. O ile same działania w kierunku ograniczenia upadku przedsiębiorstw są z pewnością słuszne, o tyle brak perspektywy zmniejszenia wydatków sztywnych z budżetu państwa – w tym przede wszystkim transferów socjalnych – doprowadzi w niedalekiej perspektywie do spadku wartości złotego, spowodowanego zbyt szybkich tempem narastania długu wewnętrznego.

Istnieje realne zagrożenie upadku niezależności NBP w świetle jego kontrowersyjnej roli w finansowaniu tarcz antykryzysowych. Działania te przypominają niedozwolone wspieranie deficytu przez bank centralny. W okresie od połowy marca do końca maja 2020 roku NBP zwiększył podaż pieniądza o ponad 130 miliardów PLN, z czego 90 miliardów wróciło z powrotem do banku centralnego. Proces ten nazywany ,,luzowaniem ilościowym” jest od wielu lat stosowany z sukcesem przez Zarząd Rezerwy Federalnej USA, ECB i Bank Centralny Japonii. W przypadku dolara czy też euro działania banków centralnych miały przełożenie na pobudzenie akcji kredytowej i tym samym – ożywienie gospodarki. Nie ma to miejsca w polskim przypadku. Stąd niektóre agencje ratingowe (m.in. Fitch) oceniają operacje NBP jako zbliżone do zakazanego, bezpośredniego monetarnego finansowania deficytu budżetowego przez bank centralny. Państwowy fundusz rozwoju (PFR) emituje obligacje, który kupuje państwowy bank rozwoju (BGK), aby na stworzonym sztucznie rynku wtórnym zostały one odkupione przez bank centralny. Tworzy się zatem ,,państwowy obieg zamknięty”, co premier Morawiecki nazwał ,,niesłychanie skomplikowanymi operacjami finansowymi”. Jednak w sytuacji największego kryzysu gospodarczego od stu lat warto wiedzieć, gdzie znajduje się dno. Aby nie kopać dalej…