Sprawa Nawalnego – dziwna logika sankcji UE

Nałożenie przez Unię Europejską w ubiegłym tygodniu sankcji na rosyjskie podmioty w związku z próbą otrucia działacza opozycji Aleksieja Nawalnego nie jest zaskoczeniem. Podobne decyzje UE podejmowała wobec Rosji w przeszłości w kontekście aneksji Krymu czy też działań rosyjskich służb na Zachodzie. Tym razem jednak Unia wrzuciła ,,do jednego worka” osoby, które najprawdopodobniej uczestniczyły w procesie decyzyjnym dotyczącym otrucia Nawalnego z przedstawicielami liberalnego establishmentu władzy.

Sceptycy powiedzą, że nie ma już ,,prawdziwych liberałów” na Kremlu. Zgoda – ,,prawdziwych liberałów” w stylu zachodnim nigdy w Rosji nie było. Jednak Władimir Putin w ponad 20-letnim okresie sprawowania władzy wielokrotnie starał się rozgrywać frakcję liberalną (reprezentowaną m.in. przez Aleksieja Kudrin – ekonomistę, który ,,załatwił” Putinowi pracę w administracji Jelcyna) z wywodzącymi się ze służb bezpieczeństwa siłownikami. Stąd nie stanowi zaskoczenia, że w obecnej Administracji Prezydenta FR możemy wciąż znaleźć przedstawicieli tych walczących przez wiele lat o wpływy grup.

Logika stojąca za sankcjami UE jest prawidłowa – brak możliwości wskazania winnych przestępstwa popełnionego na terenie Rosji powoduje, że Unia nakłada restrykcje na urzędników i struktury, które posiadają w zakresie swoich prerogatyw obszary, gdzie zbrodnia miała miejsce. Stąd lista sankcyjna obejmuje Państwowy Instytut Chemii Organicznej i Technologii, gdzie trucizna nowiczok zastosowana wobec Nawalnego została wytworzona. Sankcje zostały nałożone również na dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandra Bortnikowa, wiceministrów obrony Aleksieja Kriworuczenkę i Pawła Popowa, pełnomocnika prezydenta w Syberyjskim Okręgu Federalnym Siergieja Mieniajłę, pierwszego zastępcę szefa administracji prezydenckiej, byłego premiera Siergieja Kirijenkę i szefa zarządu polityki wewnętrznej w Administracji Prezydenta Andrieja Jarina.

Decyzja sankcyjna UE jest rozwiązaniem wysoce kompromisowym, które nie ,,drażni” Władimira Putina. Szef FSB objęty jest sankcjami od 2014 roku w związku z rosyjską aneksją Krymu. Pozostali urzędnicy natomiast nie mają bliższych relacji z prezydentem Rosji z wyjątkiem jednego – zastępcy szefa jego administracji i przedstawiciela skrzydła liberalnego Siergieja Kirijenki.

Umieszczenie Kirijenki i Jarina na liście sankcyjnej oparte jest na przesłaniu, że jako przedstawiciele administracji prezydenckiej odpowiedzialni za kontakty z opozycją byli sami zainteresowani ,,pozbyciem się” Nawalnego. Podobne założenie możemy przyjąć wobec pełnomocnika prezydenta w Syberyjskim Okręgu Federalnym Siergieja Mieniajły (musiał ,,coś wiedzieć”, bo otrucie miało miejsce na Syberii – argumentuje UE). Ten ostatni wywodzi się jednak ze służb bezpieczeństwa i jako były mer Sewastopola został już objęty sankcjami w związku z aneksją Krymu.

Jednak ,,wrzucanie do jednego worka” Siergieja Kirijenkę – byłego premiera z czasów Borysa Jelcyna – w sytuacji, kiedy ignoruje się ewentualną rolę ministra obrony Siergieja Szojgu w procesie decyzyjnym dotyczącym otrucia Nawalnego, świadczy o znacznym koniunkturalizmie lub naiwności UE. Nakładanie sankcji, które faktycznie nie mają większego znaczenia dla rosyjskich podmiotów i osób nimi objętych, po raz kolejny pokazuje, że w rezultacie unijnych dyskusji wewnętrznych dotyczących działań reżimów dyktatorskich, otrzymujemy rozwiązanie ,,kompromisowe”, które nie tylko brzydko pachnie, ale potwierdza to, co zdominowało współczesną politykę: nie istnieją fakty, tylko ich interpretacje.