Wybory w USA: Joe Biden o polityce zagranicznej

Debaty prezydenckie zdominowały wzajemne oskarżenia Donalda Trumpa i Joe Bidena nasiąknięte inwektywami personalnymi. Brakowało w nich priorytetów polityki zagranicznej przyszłego prezydenta USA. Nie jest wytłumaczeniem ,,stara zasada” stosowana przez wiele lat w amerykańskich wyborach: można je przegrać z powodu spraw zagranicznych, nie uda się jednak na bazie ich sukcesów cokolwiek wygrać…

Widać, że wyraźnie ,,skurczył się” u Amerykanów globalny ,,stan ducha”. Podczas debat prezydenckich ani razu nie padły bowiem następujące słowa: Unia Europejska, Wielka Brytania, Palestyna, Włochy, Francja, Izrael, Brexit, ONZ, Afryka, etc. Prezydent Trump nigdy nie wspomniał o Afganistanie, gdzie zginęło ponad 2400 obywateli USA, a Stany Zjednoczone ,,zainwestowały” przynajmniej 2 biliony USD. Czy zatem Ameryka ,,obróciła się do świata plecami” czy też jej liderzy są przekonani, że można utrzymać globalną dominację ignorując to, co dzieje się w innych państwach?

Obecne sondaże wskazują na zwycięstwo kandydata Demokratów, ale działacze Partii Demokratycznej nie otwierają jeszcze szampana. Rany po porażce Hillary Clinton nie do końca się zabliźniły. Najważniejsze elementy polityki międzynarodowej USA Joe Biden przedstawił w marcowym wydaniu Foreign Affairs. Kiedy przyjrzymy się temu dokładniej to – z perspektywy obecnego rządu w Warszawie – nie mamy się z czego cieszyć. Nie jest zatem przypadkiem, że Polska zostaje ostatnio ,,wyróżniona” przez Bidena jako państwo, gdzie nie dzieje się dobrze w dziedzinie praw człowieka.

Doradca Bidena do spraw zagranicznych Tony Blinken (prawdopodobny nowy sekretarz stanu USA) wyraźnie wskazuje na trzy priorytety aktywności Ameryki na arenie międzynarodowej: przywództwo, współpraca i demokracja. Twierdzi, że po prezydenturze Trumpa, nowa administracja prezydencka będzie realizowała ,,misję naprawczą” w świecie. Nie powinniśmy mieć jednak złudzeń – sam stosunek Ameryki do Europy uległ już zasadniczej zmianie, a ewentualna wygrana Bidena niewiele w tej kwestii zmieni.

Polityka zagraniczna Joe Bidena – odnowa demokracji na świecie

W ocenie Joe Bidena, Donald Trump abdykował jako przywódca ,,demokratycznego świata” zaniedbując oraz poniżając sojuszników Ameryki w Europie i Azji na rzecz budowania relacji z liderami państw o skłonnościach dyktatorskich (Putin, Kim Dzong Un, Bolsonaro, Duterte, etc.). Stąd kandydat Demokratów deklaruje, że w przypadku wygrania wyborów prezydenckich, jedną z jego pierwszych decyzji będzie odbudowa zaufania wśród partnerów Stanów Zjednoczonych w świecie celem wzmocnienia tendencji liberalnych i osłabienia wpływów polityków kierujących się populizmem. Joe Biden powołuje się tutaj na ranking demokracji Freedom House, gdzie z 41 państw uważanych w nim za ,,demokratyczne” w latach 1985-2005, tylko 22 nie spadło niżej w ciągu ostatnich pięciu lat. Nie wygląda to dobrze dla Polski. W ostatnim raporcie za rok 2019 nasz kraj uzyskał najniższą notę w rankingu ,,Narody w czasie przemian” („Nations in Transit”) odkąd jest w nim oceniany, czyli od 2011 roku. Otrzymał 4,93 punktu na 7 możliwych do zdobycia.

Joe Biden deklaruje, że podczas pierwszego roku kadencji prezydenckiej zorganizuje globalny ,,Szczyt dla Demokracji”, aby ,,odnowić ducha i wspólne cele narodów wolnego świata”. Wzorując się na przeprowadzonym podczas prezydentury Obamy ,,Szczycie Bezpieczeństwa Nuklearnego” Biden chce, aby podczas ,,Szczytu dla Demokracji” państwa uznały trzy priorytety w tej dziedzinie: walkę z korupcją, ograniczenie tendencji autorytarnych oraz propagację podstawowych praw człowieka. Istotną kwestią pozostaje również walka z dezinformacją. Jak twierdzi Biden:,, wolność słowa wyznawana przez media społecznościowe nie może być licencją na rozpowszechnianie kłamstw”. Szczególną rolę w tym zakresie mają firmy technologiczne, które powinny wprowadzić mechanizmy walczące z fake news.

Chiny – przypadek szczególny

Relacje z ChRL pojawiają się dość często jako motyw ataków Donalda Trumpa na kandydata Demokratów. Biden ma być – według obecnego prezydenta – ,,chińskim kandydatem”. On sam jednak twierdzi, że ,,Chiny stanowią szczególne wyzwanie ”, któremu Stany Zjednoczone powinny stawić czoła razem z sojusznikami. Chodzi tutaj o ograniczenie możliwości forsowania chińskiego politycznego modelu państwa, które daje obywatelom ograniczone korzyści ekonomiczne kosztem podstawowych praw człowieka. Strategia balansowania wpływów ChRL w świecie powinna być jednak – zdaniem Bidena – wypracowana razem z UE, Kanadą, Australią, Japonią i Koreą Południową. Dlatego też wzniecanie sporów handlowych przez administrację Trumpa z Unią Europejską i Kanadą poprzez nakładanie barier celnych jest destrukcyjne dla interesów amerykańskich.

Bliski Wschód – powrót do przeszłości

Prezydentura Bidena dokona częściowego przewartościowania priorytetów na Bliskim Wschodzie. Szczególnie dotyczyć to będzie sytuacji w Zatoce Perskiej. Kandydat Demokratów opowiada się za utrzymaniem porozumienia nuklearnego z Iranem (,,The Joint Comprehensive Plan of Action”) wynegocjowanego przez administrację Obamy w 2015 roku. Na takie stanowisko liczy zarówno Teheran, jak i pozostałe strony umowy (UE, Rosja, Chiny). Zweryfikowane zostaną również relacje USA z Arabią Saudyjską i ZEA. W obydwu przypadkach Partia Demokratyczna w Kongresie sprzeciwiała się sprzedaży nowoczesnego uzbrojenia tym krajom, które było wykorzystywane w wojnie jemeńskiej. Amerykańskie organizacje praw człowieka oskarżały Rijad i Abu Zabi o zbrodnie przeciwko ludności cywilnej w Jemenie. Krytycznie oceniana jest również rola ZEA w konflikcie libijskim, gdzie Emiratczycy wraz Egipcjanami i Rosjanami popierają siły generała Haftara walczącego z uznawanym przez ONZ Rządem Porozumienia Narodowego w Trypolisie.

Zasadniczej zmianie poddany zostanie stosunek USA – w przypadku zwycięstwa Bidena – do następcy tronu Arabii Saudyjskiej księcia Mohameda bin Salmana. Politycy Partii Demokratycznej uważają – zgodnie ze stanowiskiem amerykańskich służb wywiadowczych – że wydał on polecenie zamordowania w konsulacie saudyjskim w Stambule dziennikarza Dżamala Chaszodżiego. Ostracyzm ze strony Białego Domu, który może spotkać następcę saudyjskiego tronu, osłabi jego pozycję wewnętrzną w klanie Al-Saud i może zmniejszyć szanse na sukcesję. W tym kontekście należy spodziewać się ponownego wzmocnienia wpływów byłego ministra spraw wewnętrznych Arabii Saudyjskiej Mohameda bin Naifa, mającego doskonałe relacje w amerykańskich strukturach bezpieczeństwach.

Joe Biden sceptycznie ocenia również ,,plan Trumpa” dotyczący kwestii palestyńskiej. Negatywnie odnosi się do planów aneksji przez Izrael prawie 30% Zachodniego Brzegu uważając, że faktycznie niweluje to szanse powstania niezależnej Palestyny. Wybór kandydata Demokratów zdecydowanie pogorszyłby stosunki personalne prezydenta USA z premierem Izraela. Podczas kadencji Obamy Benjamin Netanjahu miał napięte relacje z gospodarzem Białego Domu, co przełożyło się na ochłodzenie kontaktów amerykańsko-izraelskich (m.in. umowa z Iranem negocjowana było przy udziale Omanu bez wiedzy Izraela). W świetle planów Bidena dotyczących zorganizowania ,,Szczytu dla Demokracji” ,,ciężkie czasy” miałby również prezydent Egiptu Abd al-Fattah as-Sisi. Krytykowany w kręgach Partii Demokratycznej za autorytarne rządy nie mógłby liczyć na carte blanche – jak ma to miejsce za kadencji Trumpa.

Rosja: twardy kurs – przynajmniej teoretycznie

,,Tyrania zaczyna się w domu” – tak twierdzi Joe Biden i odnosi to również do Rosji. Nie należy jednak oczekiwać, aby jego administracja miała realny wpływ na poprawę swobód obywatelskich na terenie Federacji Rosyjskiej. Obecny kandydat Demokratów, piastując urząd wiceprezydenta USA, przyglądał się bezradnie jak Moskwa dokonywała aneksji Krymu, a planowany wcześniej ,,reset” relacji amerykańsko-rosyjskich – firmowany przez ówczesną sekretarz stanu Hillary Clinton – okazał się całkowitym fiaskiem.

Z perspektywy interesów amerykańskich kluczowego znaczenia nabiera przedłużenie – kończącego się w lutym 2021 roku – układu Nowy START o ograniczeniu broni strategicznych. W świetle odmowy udziału w negocjacjach przez ChRL Amerykanie zgodzą się najprawdopodobniej na propozycję Władimira Putina, aby porozumienie trwało dodatkowy rok. W tym czasie negocjatorzy przystąpią do rozmów nad wypracowaniem nowych rozwiązań. Joe Biden opowiada się za utrzymaniem redukcji arsenału nuklearnego i dalszymi rozmowami ze stroną rosyjską. Zdaje sobie on jednocześnie sprawę, że włączenie Pekinu do tych negocjacji jest obecnie mało realne.

Ważnym obszarem rosyjskiej polityki zagranicznej, gdzie administracja Bidena może ,,dać się Rosjanom we znaki” są relacje Moskwy z ,,tradycyjnymi sojusznikami”. Jak powiedział mi amerykański dyplomata kilka lat temu: ,,TAM powinniśmy być aktywni – nie złamiemy Rosji kręgosłupa, ale pokopiemy po kostkach, że będzie kuleć…”. W tym zakresie można oczekiwać większej pomocy USA dla Ukrainy (głównie w sektorze bezpieczeństwa) czy też szerszego zaangażowania politycznego w rozwiązanie kryzysu na Białorusi, Górskim Karabachu oraz normalizacji relacji Serbii z Kosowem. W tej ostatniej kwestii Amerykanie mogą wykorzystać narastające napięcia w stosunkach serbsko-rosyjskich. Władimir Putin zawsze miał głębokie obawy dotyczące realizacji scenariusza ,,kolorowych rewolucji” w Rosji. Stąd ze znacznym niepokojem Kreml obserwuje destabilizację sytuacji w krajach ,,bliskiej zagranicy” (Białoruś, Kirgizja, G. Karabach). Administracja Bidena bez większych nakładów może zrobić różnice w tym zakresie.

Relacje amerykańsko-europejskie: nie będzie już tak, jak dawniej…

Z moich kontaktów z kolegami z państw europejskich zajmującymi się problematyką relacji transatlantyckich wynika, że ,,kursu” obranego przez administrację Trumpa nie będzie łatwo zmienić. Chyba najbardziej sfrustrowani są Niemcy. Jeden z analityków niemieckich przyznał wymownie, że ,,można przywrócić cywilizowany dialog pomiędzy liderami europejskimi i przyszłym prezydentem USA, trudno jednak będzie odbudować zaufanie. Cztery lata rządów Trumpa zmieniły świat i teraz Europa Zachodnia musi oglądać się również za siebie. Nawet jeśli z tyłu stoją Amerykanie…”.

Należy oczekiwać, że administracja Bidena ponownie podkreśli zobowiązanie USA do wypełnienia artykułu V Traktatu Północnoatlantyckiego. Skieruje również ostrzeżenia pod adresem Rosji dotyczące nieingerencji w wewnętrzne sprawy członków NATO. Biden wielokrotnie krytykował Moskwę za roszczenie sobie prawa realizacji interesów rosyjskich w ramach obszaru tak zwanej ,,bliskiej zagranicy”. Trudno spodziewać się jednak, aby Waszyngton znalazł receptę na zmianę agresywnej doktryny obronnej Turcji korzystając z rosyjskiego uzbrojenia (zakup systemów rakietowych S-400), czy też ingerował w konflikt grecko-turecki w basenie Morza Śródziemnego. Administracja Bidena będzie starała się ,,osłodzić” relacje z UE poprzez powrót do porozumień klimatycznych z Paryża, czy też odnowienia członkostwa USA w Światowej Organizacji Zdrowia oraz konstruktywnego stanowiska w sprawie reformy Światowej Organizacji Handlu. Generalnie Amerykanie w większym stopniu będą stawiać na multilateralizm w polityce międzynarodowej, co jednak nie przyniesie zasadniczych zmian w poszczególnych dziedzinach. Powodem tego będą utrzymujące się głębokie podziały w Stanach Zjednoczonych i znaczna niechęć do zagranicznego angażowania się w przedsięwzięcia wielostronne. Trend ten będzie pogłębiany przez coraz większą świadomość establishmentu europejskiego, że prezydentura Trumpa spowodowała, iż ,,przekroczono Rubicon”, a Europa powinna realizować ideę ,,strategicznej autonomii” w dziedzinie bezpieczeństwa. Jak twierdzi Francis Fukuyama z Uniwersytetu Stanforda: ,,najważniejszym czynnikiem determinującym politykę zagraniczną Ameryki jest polaryzacja wewnętrzna. Nie zniknie ona, nawet gdy wybrany zostanie Biden”.

Kilka słów refleksji na koniec…

Kiedy po ataku USA na Afganistan w 2001 roku rozmawiałem z konserwatywnym dziennikarzem New York Timesa Williamem Safire wyraził on swoje obawy, co do dalszej roli USA w świecie. Przypomniał słowa Hansa Morgenthau – twórcy realizmu w stosunkach międzynarodowych, do którego również zaliczał się Safire: Ameryka ,,cierpi na strategiczny narcyzm”. Spytałem, co to znaczy. Objaśnił, że w Waszyngtonie widzą świat nie tylko poprzez pryzmat decyzji Stanów Zjednoczonych, ale uważają że ,,losy świata” od nich zależą. W czasach silnej polaryzacji politycznej w USA przekonanie to pozostało aktualne w establishmencie rządowym. Problem jednak w tym, że Amerykanie coraz bardziej ,,obracają się do świata plecami”.

Więcej na temat wyborów prezydenckich w USA: