USA: Atak na Kapitol- barbarzyńcy u bram…

Wczorajszy szturm zwolenników Donalda Trumpa na Kapitol jest wynikiem głębokich podziałów w społeczeństwie amerykańskim, kiedy mniejszość próbuje narzucić swoja wolę większości. Winny jest nie tylko skostniały i nieadekwatny do rzeczywistości system wyborów elektorskich, gdzie w ostatnich sześciu elekcjach prezydent został dwukrotnie wybrany przez mniejszość. Jeżeli chce się zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się wczoraj na Kapitolu, należy zwrócić uwagę na napisy na transparentach trzymane przez szturmujących Kongres: ,,Trump:, ,,Q”, ,,Jesus 2020”. Pokazują one, w jaki sposób umiera demokracja, gdy ,,barbarzyńcy pojawią się u bram”…

Atak na Kapitol – jak umiera demokracja…

Kiedy 11 września 2001 roku przejeżdżałem rano na Manhattan przez nowojorski most Queensboro samoloty uderzały w symbol amerykańskiej potęgi gospodarczej – wieże WTC. Doszło do największego w historii ataku terrorystycznego na USA. Ameryka została zaatakowana na swojej ziemi przez ,,barbarzyńców z zewnątrz”. Tak ich określił Henry Kissinger kilka miesięcy później podczas spotkania z polską delegacją. Jednak w swoim corocznym przemówieniu do Kongresu USA o ,,stanie państwa” prezydent G.W. Bush przyznał, że ,,Unia nigdy nie była silniejsza”. Miał na myśli przede wszystkim ,,stan ducha” Amerykanów, zjednoczonych przeciwko wspólnemu wrogowi zewnętrznemu. Tym razem jednak ,,barbarzyńcami” okazali się jedni z nich, szturmujący Kapitol w niezadowoleniu przeciwko demokratycznemu werdyktowi większości, która wybrała Joe Bidena na prezydenta. Czy tak umiera demokracja?

Większość społeczeństw kojarzy ,,śmierć” demokracji z puczem wojskowym lub innym rodzajem zamachu stanu. Tymczasem we współczesnym świecie rzadko mamy do czynienia z takim sposobem przejęcia władzy. Jak pokazano m.in. w książce ,,Szepty cieni” najczęściej demokrację zabijają jej dzieci – liderzy, którzy doszli do władzy w wyniku demokratycznych wyborów. W czasie sprawowania rządów postrzegają oni swoich przeciwników politycznych jako wrogów, osłabiają instytucje państwa, grożąc odrzuceniem wyników kolejnych wyborów. Przywódcy sprawujący władzę osłabiają bufory demokracji – instytucje państwowe, media, system sądowniczy, niezależną administrację. W następstwie obsadzają je funkcjonariuszami partyjnymi lojalnymi wobec sprawujących rządy, a nie wobec konstytucji i społeczeństwa. Tak skończyła się demokracja liderów wybranych demokratycznie, między innymi Recepa Erdogana w Turcji oraz Hugo Chaveza w Wenezueli. Demokracja we współczesnym świecie ,,umiera po cichu”. W takiej sytuacji nikt nie wyprowadza czołgów na ulice, nie mamy do czynienia z ogłoszeniem stanu wyjątkowego czy też zawieszeniem praw konstytucyjnych. Liderzy sprawujący władzę potrafią umiejętnie ,,uśmierzyć” społeczeństwo, dawkując ludziom toksyczną retorykę, która ogłupia znaczną część obywateli. Zaczyna się proces ,,ulepszenia” demokracji – zmienia się ordynację wyborczą, reformuje sądownictwo, aby było bardziej ,,wydajne”, a media – po wpływem presji władzy – zaczynają stosować samocenzurę. Ludzie widzą, że ,,jest normalnie” – działają ,,sądy”, odbywają się wybory. Kiedy demokracja ,,umiera po cichu” społeczeństwa nie zauważają, że w rzeczywistości zaczyna rządzić mniejszość, a ,,wybór” pozostaje jeden – establishment sprawujący rządy.

Donald Trump – przyczyna czy też rezultat kryzysu demokracji w USA

Chociaż 45. prezydent USA wygrał wybory demokratycznie, to uzyskał mniejszość głosów Amerykanów. Przez kilka lat sprawowania władzy przez Trumpa wielokrotnie zastanawialiśmy się z amerykańskimi kolegami, jak do tego doszło, że tego typu polityk został gospodarzem Białego Domu. Jest kwestią oczywistą, że ekstremistyczne ideologie pojawiają się co jakiś czas w każdym społeczeństwie. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych. Takie postacie jak Joseph McCarthy, George Wallace czy też Huey Long nie zapisały się pozytywnie w historii Ameryki. Problemem nie jest jednak to, czy tacy politycy istnieją w życiu publicznym. Prawdziwy test dla demokracji przychodzi wówczas, kiedy liderzy poszczególnych partii są w stanie ich zmarginelizować i zapobiec przejęciu władzy. Jednak, gdy oportunizm i polityczna kalkulacja biorą górę, to demokracja przegrywa, a wraz z nią – całe społeczeństwo. Taka sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie kierownictwo Partii Republikańskiej zaczęło identyfikować się z działaniami Trumpa.. Jednak ,,barbarzyńcy” nie odróżniają kolorów. Republikanie, podobnie jak ich koledzy z Partii Demokratycznej, byli zmuszeniu pod naciskiem motłochu kryć się pod ławkami w swoich miejscach pracy – w Senacie i Izbie Reprezentantów.

Jednak radykałowie i ekstremiści potrzebują ,,paliwa” ideologicznego, które jest konieczne do konsolidacji ich kręgów i pozyskiwania nowych zwolenników. Takim narzędziem w przypadku prezydentury Trumpa są liczne teorie spiskowe oraz wykorzystywanie ideologii religijnej. Stąd nieprzypadkowo na transparentach szturmujących wczoraj Kapitol widniały napis ,,Q” czy też ,,Jesus 2020”. Pierwszy symbol oznacza Qanon – generator teorii spiskowej, obejmujący coraz szersze kręgi zwolenników na całym świecie. Mało osób zdaje sobie jednak sprawę, dlaczego na transparentach pojawiły się odniesienia do Jezusa Chrystusa. Sugerują one, że wśród protestujących są zwolennicy ,,Rodziny”, której jednym z liderów jest Donald Trump. Kim zatem jest ,,Rodzina”?

Stanowią ją amerykańscy fundamentaliści identyfikujący się z chrześcijaństwem. Jeff Sharlet w swojej bestselerowej książce ,,The Family” słusznie nie nazywa tej grupy protestantami, ewangelikami, katolikami, etc. Identyfikuje ją natomiast z establishmentem w Waszyngtonie, który wierzy w system utrzymania władzy poprzez ,,przejęcie dusz i serc”. Przedstawiciele tych elit należą do kręgów politycznych, wojskowych i biznesowych. Identyfikują się z ,,Rodziną”, która ma moralne prawo do utrzymania się przy władzy, aby ,,zmieniać świat”. Stąd tak często widzieliśmy odniesienia w działaniach wiceprezydenta Pence’a do nauczania Chrystusa, czy też permanentnie otwartą Biblię na biurku sekretarza stanu USA Pompeo. ,,Rodzina” potrzebuje jednak swojego ,,współczesnego Chrystusa”. Dlatego część zwolenników Trumpa wierzy, że jego prezydentura ma charakter pozaziemski, a on sam przejmuje rolę Mesjasza. Ekstremiści religijni nie zadają pytań przywódcy, a lider oczekuje jedynie lojalności. Tak jak 45. prezydent USA. Warto, abyśmy uczyli się na błędach innych, aby ,,barbarzyńcy” nie pojawili się u naszych bram…

Więcej na ten temat: