Jak powstaje dyktator w demokracji…

Czy dyktator może powstać w demokracji? Pytanie, które zadaje sobie obecnie wielu obserwatorów rozwoju sytuacji w krajach ,,generalnie” uważanych za demokratyczne. Odbywają się tam bowiem wybory, działają sądy, funkcjonują media, a społeczeństwo może swobodnie kontaktować się z zagranicą. Jednak we współczesnym świecie ,,demokracja umiera po cichu”… Nie mamy z reguły do czynienia z przewrotem wojskowym, a mechanizm tworzenia się dyktatury wygląda inaczej. Można powiedzieć, że trudno znaleźć w tym procesie punkt zwrotny, kiedy następuje zamach stanu i kończy się demokracja. Ograniczania swobód obywatelskich odbywają się sukcesywnie, a dla większości z nas niepostrzeżenie. W takich warunkach rodzą się współcześni dyktatorzy – wyłaniają się z systemu demokratycznego. Są oni bardziej groźni niż ,,klasyczni” autokraci – znają bowiem wszystkie ,,zabezpieczenia” demokracji i wiedzą jak skutecznie ją rozmontować. Współcześni dyktatorzy są niczym hakerzy – mamy świadomość, że istnieją, ale nie odczuwamy skutków ich reżimu. Dopóki nie dotyczy on nas samych…

W demokracji dyktator powstaje powoli

Gdyby społeczeństwa potrafiły wcześniej zidentyfikować polityka jako potencjalnego dyktatora, historia świata potoczyłaby się inaczej. Najprawdopodobniej nie byłoby przejęcia władzy przez Hitlera w Niemczech, faszyzmu we Włoszech, czy też zamachu stanu Juan Perona w Argentynie. W każdym z tych przypadków mieliśmy do czynienia z reżimem opartym na strukturach bezpieczeństwa. Obecnie jednak autokraci stosują bardziej ,,wyrafinowane” metody utrzymania władzy. Posługują się instrumentami demokracji do rozmontowania samego systemu demokratycznego.

Juan Linz – urodzony w Republice Weimarskiej, świadek wojny domowej w Hiszpanii i profesor Uniwersytetu w Yale – przedstawia w swojej książce ,,The Breakdown of Democratic Regimes” ,,test lakmusowy ” na polityka, który może przekształcić się w dyktatora wykorzystując do tego system demokratyczny. Zwraca on uwagę, że najczęściej do tego grona zaliczamy populistów, którzy przedstawiają się jako ,,kandydaci zwykłych ludzi”, toczący wojnę z elitami i skorumpowanym establishmentem. Populiści twierdzą, że obecny system wymaga ,,ulepszenia”, gdyż nie jest ,,prawdziwą demokracją” tylko ,,układem”, który ma służyć wyłącznie elitom. Populistyczni politycy zarzucają swoim oponentom politycznym brak patriotyzmu, a normy ustanowione przez establishment oceniają jako niedemokratyczne.

,,Test lakmusowy” na dyktatora

Dyktator w demokracji wyłania się powoli, korzystając z narzędzi funkcjonującego systemu politycznego. Możemy jednak wskazać kilka jednoznacznych cech charakteryzujących przyszłego ,,dyktatora z demokracji”.

1. Odrzucenie aktualnych ,,reguł gry” systemu demokratycznego. Potencjalni dyktatorzy wskazują tutaj na konieczność zmian (lub zawieszenia) konstytucji, unieważnienia legalnych wyborów, sparaliżowania organów nadzorujących przestrzeganie praw człowieka lub organizowania masowych protestów ulicznych dążących do zmiany legalnie wybranych władz.

2. Odmowa prawa przeciwników politycznych do funkcjonowania. Często ,,dyktatorzy w demokracji” określają swoich konkurentów na scenie politycznej jako ,,struktury wywrotowe” mające obalić konstytucyjny porządek państwa i stanowiące egzystencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Towarzyszą temu oskarżenia, że oponenci polityczny reprezentują ,,obce interesy” i mają powiązania agenturalne ze służbami innych państw.

3. Tolerancja i wspieranie struktur paramilitarnych, milicji i innych organizacji zaangażowanych w osłabianie porządku publicznego. Politycy o skłonnościach dyktatorskich często wykorzystują bojówki nacjonalistyczne celem zastraszenia konkurencji politycznej. Starają się też usprawiedliwiać agresywne działania tych grup nadając im wymiar patriotyczny.

4. Gotowość do ograniczenia praw obywatelskich związanych z recenzją i krytyką działań politycznych. Często – powołując się na bezpieczeństwo narodowe – ,,dyktatorzy w demokracji” ograniczają prawa mediów do oceny aktywności publicznej polityków. W rezultacie dochodzi do przejmowania przez rządowe instytucje poszczególnych wydawnictw, stacji radiowych i telewizyjnych. Ogranicza się również prawo obywateli do zgromadzeń i demonstrowania swojego niezadowolenia z działań establishmentu politycznego.

Kto jednak odpowiada za to, aby polityk działający w demokracji nie wykorzystał jej mechanizmów i nie przekształcił się w dyktatora? Społeczeństwo – jak historia wielokrotnie pokazała (ostatni raz w przypadku Trumpa w USA) – nie jest w stanie wyeliminować rodzących się autokratów z życia politycznego. Rolę ,,strażników demokracji” i naturalnego ,,filtra dyktatorów” powinny pełnić ugrupowania polityczne. Jeżeli ich liderzy nie zatrzymają zapędów dyktatorskich poszczególnych swoich członków, to jest mało prawdopodobne, aby w podatnych na populizm społeczeństwach zrobili to sami wyborcy.

Ugrupowania polityczne – ,,filtr dyktatorów”

Funkcjonujące legalnie na scenie politycznej partie powinny być naturalnym ,,filtrem” dla ekstremistycznych idei, na bazie których wyłaniają się dyktatorzy. Nie jest to jednak takie łatwe, gdyż w demokracjach nie można zabronić poszczególnym kandydatom startu w wyborach lub głoszenia odmiennych – nawet populistycznych – poglądów. Stąd tak istotna rola przypada w tym zakresie partiom politycznym. Powinny one w pierwszym rzędzie eliminować groźne dla stabilności państwa koncepcje, które rodzą się w szeregach partyjnych. Po drugie – unikać wpisywania na listy wyborcze kontrowersyjnych kandydatów, aby – w przypadku ich wyboru – nie dawać im platformy do szerzenia toksycznych poglądów. Po trzecie – istotne jest, aby partie polityczne nie wchodziły w sojusze i koalicje rządowe z frakcjami, których liderzy mają tendencje dyktatorskie. Populizm jest bowiem niezwykle ,,zaraźliwy w polityce.

Dlaczego w Stanach Zjednoczonych nie zadziałał ,,filtr dyktatorów”?

Dojście Donalda Trumpa do władzy było możliwe z powodu braku podjęcia przez liderów Partii Republikańskiej (GOP) działań eliminujących teorie spiskowe i populizm głoszony przez 45. prezydenta USA. Kierownictwo GOP – w tym szczególnie przewodniczący większości w Senacie Mitch McConnell – nie był w stanie wznieść się ponad podziały partyjne w Kongresie i adekwatnie zareagować na Trumpa. Zrobił to dopiero po szturmie zwolenników prezydenta na Kapitol (McConnell nie wyklucza poparcia wniosku o uznanie Trumpa winnym podczas głosowania w Senacie).

Wcześniej jednak liderzy Partii Demokratycznej i Republikańskiej skutecznie pełnili rolę ,,filtra dyktatorów”. Dobrym przykładem jest zablokowanie kariery jednego z największych demagogów w historii Ameryki – senatora Josepha McCarthy’ego. Kiedy na bazie ,,walki z komunistami” Senat potępił w 1954 roku jego działania, cieszył się on poparciem ponad 40% Amerykanów i miał ambicje prezydenckie. Podobnie zablokowano aspiracje polityczne Henrego Forda – potentata samochodowego znanego z antysemickich poglądów i utożsamiającego się z polityką Hitlera. Jego kandydatura na prezydenta została odrzucona przez liderów Partii Demokratycznej. Jeden z nich, senator James Couzens skomentował: ,,Jak człowiek po sześćdziesiątce, który nie ma żadnego doświadczenia rządowego, może aspirować do stanowiska prezydenta. To jest śmieszne!” Podobny los spotkał popularnego w USA gubernatora stanu Alabama George’a Wallace. Kandydujący w 1964 roku na prezydenta pod hasłem podobnym do sloganu Trumpa ,,Powstań dla Ameryki!” – pomimo znacznego poparcia społecznego – nie uzyskał aprobaty Partii Demokratycznej ze względu na toksyczne, rasistowskie poglądy.

Fakt, iż elity polityczne nie pełnią często roli ,,filtra dyktatora” możemy nazwać ,,abdykacją establishmentu”, który wybiera populistycznych kandydatów nie dla dobra społecznego, lecz zdobycia władzy dla samej władzy. Stąd jednak droga do dyktatury jest krótka. Nawet, kiedy przykrywa się ją cienką kołderką zwaną ,,demokracją”…

Więcej na ten temat: