USA: Jak powstaje ,,doktryna Bidena”

Każdy ,,szanujący się” prezydent USA powinien mieć swoją doktrynę charakteryzującą jego spuściznę. Donald Trump ,,nie dorobił się” się jakiejkolwiek spójnej koncepcji opisującej jego kadencję, która kojarzy się głównie z chaosem… Chociaż Joe Biden pełni swoją funkcję niespełna rok, to w kręgach waszyngtońskich już mówi się o kształtującej się idei polityki zagranicznej, na której oparte będą w najbliższych latach działania Stanów Zjednoczonych. Kilkakrotnie w moich dyskusjach z amerykańskimi kolegami wyłaniał się termin ,,porządek oparty na prawie” (rules-based world). Tak administracja Bidena planuje charakteryzować swoją aktywność w świecie, niezależnie czy dotyczy ona Chin, czy też europejskich sojuszników.

Faktycznie, kiedy przeanalizujemy pierwszą podróż zagraniczną Bidena, to termin ,,porządek oparty na prawie” pojawia się czterokrotnie w komunikacie końcowym szczytu G-7 w Wielkiej Brytanii i sześciokrotnie w dokumencie przyjętym przez liderów członków NATO. Opracowany przez sekretarza stanu USA najbliższego i wieloletniego doradcę Bidena do spraw bezpieczeństwa Antony Blinkena program polityki zagranicznej jest głęboko zakorzeniony w tradycji Partii Demokratycznej, przywiązującej istotne znaczenie do prawa międzynarodowego i swobód obywatelskich. Jednak zakotwiczenie ,,doktryny Bidena” na ,,porządku opartym na prawie” może przynieść administracji prezydenckiej wiele problemów. W ostatnich dziesięcioleciach bowiem USA wielokrotnie starały się obchodzić ten ,,porządek”…

Głównym adresatem ,,doktryny Bidena” mają być Chiny i Rosja. Jednak pamiętam, kiedy po rozpoczęciu wojny przeciwko Irakowi w 2003 roku, ówczesny ambasador Rosji i obecny szef dyplomacji Siergiej Ławrow przyznał, że Stany Zjednoczone rozpoczynając działania militarne przeciwko Bagdadowi bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ (Amerykanie nie zdołali zyskać 9 głosów poparcia dla tzw. ,,drugiej rezolucji irackiej”, nie tylko ze względu na weto Chin i Rosji, lecz również z powodu sprzeciwu Francji i Niemiec) tworzą ,,nowe precedensy i porządek w świecie”. Moskwa wykorzystała obchodzenie prawa międzynarodowego przez USA dokonując na Krymie po raz pierwszy od II wojny światowej aneksji terytorium obcego państwa na obszarze Europy. Podobną, agresywną taktykę terytorialną prowadzą Chiny na Morzu Południowochińskim, przejmując de facto sporne wyspy. Kolejnym krokiem staje się dla Moskwy i Pekinu postawienie innych państw przed faktem dokonanym, gdzie otaczające obszary nielegalnie przejęte przez oba państwa akweny wodne stają się faktycznie ich wodami terytorialnymi. Stąd w ostatnim okresie następuje nasilenie działań marynarki wojennej USA na Morzu Południowochińskim, ,,udrażniającej” tamtejsze szlaki wodne, czy też jawnie prowokacyjne – z perspektywy Kremla – działanie brytyjskiego okrętu wojennego HMS Defender przepływającego przez ,,rosyjskie” wody terytorialne wokół Krymu.

Dlatego też zdefiniowanie polityki zagranicznej USA na ,,porządku opartym na prawie” nie tylko jest działaniem ryzykownym z perspektywy dotychczasowej aktywności Waszyngtonu w świecie, lecz również miałkim merytorycznie z uwagi na brak jasnej definicji tegoż ,,prawa”. Amerykanie nie należą bowiem do zwolenników rozszerzania doktryny prawa międzynarodowego. USA nie są stroną Statutu Rzymskiego, powołującego do życia Międzynarodowy Trybunał Karny. Stany Zjednoczone nie ratyfikowały również Konwencji Prawa Morza regulującej aktywność Trybunału Prawa Morza. Jest to argument między innymi dla Chin. Zwracają one uwagę na fakt, że USA stara się wykorzystywać w polityce zagranicznej (m.in. w kwestiach spornych na Morzu Południowochińskim) orzecznictwo prawa międzynarodowego, które nie zostało przez Amerykanów ratyfikowane. Czy zatem wyłaniająca się ,,doktryna Bidena” znajdzie swoje urzeczywistnienie w praktyce, czy też będzie tylko pustym sloganem? Pierwszy scenariusz zostanie zrealizowany pod warunkiem, że Stany Zjednoczone nie pójdą w ślady byłych imperiów. Wszystkie z nich uważały, że podlegają ,,szczególnym warunkom” i nie muszą przestrzegać takich zasad jak inni. Do czasu ich upadku…