Afgańskie wiraże…

Obraz talibskich wojowników w pałacu prezydenckim w Kabulu, kiedy jego gospodarz pospiesznie uciekł z kraju do Uzbekistanu, i osamotnionego prezydenta Stanów Zjednoczonych przebywającego w Camp David wpatrzonego w szereg monitorów wyświetlających jego członków gabinetu, jest wyjątkowo smutny. Nie tylko z powodu pozostawionych na pastwę losu tysięcy Afgańczyków, którzy pomagali państwom Zachodu konstruować ,,afgańską demokrację”. Jest to obraz smutny, gdyż interwencja zbrojna w Afganistanie powszechnie była uważana (w odróżnieniu od konfliktu irackiego) za ,,wojnę sprawiedliwą” po atakach 11 września 2001 roku Al-Kaidy na Stany Zjednoczone.

Będąc naocznym świadkiem tych zamachów – podobnie jak miliony Amerykanów – miałem przeświadczenie, że ,,tym razem będzie inaczej”. Okazało się jednak, że tak samo jak w przypadku ,,budowania demokracji” w społeczeństwach opartych na relacjach klanowych Zachód popełnia podobne błędy i ciągle ,,potyka się o ten sam kamień”. Afganistan, Irak, Libia czy też Jemen są symbolami nie tyle braku koncepcji stworzenia modeli demokratycznych w tych państwach, lecz deficytu możliwości oparcia ich na establishmencie politycznym, który byłby w stanie wprowadzić demokracje w życie. Zatem głównym błędem nie było zaangażowanie się w Afganistanie, lecz konsekwentne i wieloletnie wspieranie przez Zachód skorumpowanych elit w Kabulu, z którymi nie utożsamiało się społeczeństwo afgańskie. Stąd tak szybka i ,,niespodziewana” porażka afgańskich sił bezpieczeństwa. Większość ponad 300 tysięcy armii afgańskiej walczyło bowiem dla pieniędzy, talibowie natomiast kierowali się ideologią.. Warto tutaj przeczytać raport Biura Specjalnego Inspektora Generalnego ds. Odbudowy Afganistanu Kongresu USA. Szeroko opisuje on brak motywacji afgańskich sił bezpieczeństwa i powszechną korupcję establishmentu politycznego. Afgańczycy nie bali się i nie ufali swojej policji, których ofiary tortur przekraczały od 2001 roku granicę ponad 60 tysięcy osób…

Obserwując afgański chaos wielu krytyków beznamiętnie obwinia prezydenta Joe Bidena, że jego administracja ,,została zaskoczona” szybkością inwazji talibów. Padają oskarżenia o błędy w analizie sytuacyjnej amerykańskich służb wywiadowczych i dyplomatycznych. Najczęściej ze strony komentatorów, którzy nigdy nie uczestniczyli w procesach powstawania informacji na szczytach władzy i zmieniają swojego poglądy na dany temat praktycznie co tydzień. Wszak ich to nic nie kosztuje…Niewątpliwie decyzja o wycofaniu wojsk USA z Afganistanu była słuszna. Czas jej implementacji okazał się jednak błędny gdyż prezydent Biden kierował się w tym przypadku – wbrew opinii wojskowych – kalendarzem rocznicowym i uzyskaniem korzyści politycznych na scenie wewnętrznej, a nie chłodną analizą sytuacji w terenie. Ważniejszy stał się symbol wycofania żołnierzy USA przed 11 września, niż przeczekanie okresu letniego, kiedy od wielu lat zwiększa się intensywność talibskiej ofensywy, i zakończenie amerykańskiej obecności militarnej zimą.

Czy zmieniłoby to wiele? Z pewnością udałoby się ewakuować tysiące Afgańczyków współpracujących z państwami zachodnimi oraz inaczej wyglądałby wizerunek geopolityczny USA. Chaos afgański nieuchronnie przypomina sytuację panicznej ucieczki Amerykanów z Sajgonu w 1975 roku i opuszczenie wietnamskich sojuszników. Stany Zjednoczone mają ostatnio ,,złą passę” w tym zakresie. Kilka lat temu administracja Trumpa podjęła decyzję o wycofaniu sił z Syrii, co ograniczyło pomoc dla Kurdów walczących z reżimem Baszara Al-Asada. Dlatego też sojusznicy USA w regionach zapalnych coraz częściej budują doraźne sojusze i nie oglądając się na Amerykę zadają sobie pytanie: czy Pax Americana faktycznie istnieje?