Pokolenie 11 września…

Był piękny, słoneczny wtorkowy poranek 11 września 2001 roku, kiedy po godzinie ósmej przejeżdżałem mostem Queensboro do pracy na Manhattanie. Nie zwracałem szczególnej uwagi na rozciągający się przede mną skyline. Nie było powodu…Wszak był to widok, który obserwowałem codziennie w godzinach porannych. Nie wiedziałem jednak, że tym razem oglądam – zarysowujący się po lewej stronie – Dolny Manhattan w takiej postaci po raz ostatni. Wielu Nowojorczyków również nie zdawało sobie sprawy, że od tego dnia stają się ,,Pokoleniem 11 września” – generacją ludzie ukształtowanych przez największy w historii zamach terrorystyczny na Amerykę…

Każdy Amerykanin pamięta dokładnie, gdzie znajdował się i co robił w momencie ataków 11 września 2001 roku. Tragiczne wydarzenia pochłonęły 2606 ofiar w w World Trade Center w Nowym Jorku, 125 w Pentagonie oraz 206 na pokładzie porwanych samolotów. 40 osób zginęło w Shanksville w Pensylwanii, kiedy dzielni pasażerowie walczyli z terrorystami na pokładzie samolotu United Flight 93. Tragedia miała jednak szerszy wymiar – ponad 3000 dzieci straciło 11 września rodziców, a 6000 osób odniosło poważne obrażenia. Wszyscy oni należą do ,,Pokolenia 11 września”, którego część pod wpływem patriotycznych pobudek walczyło w zagranicznych konfliktach zbrojnych. Ten, który został najwcześniej rozpoczęty przez Amerykanów – wojna w Afganistanie – obecnie kończy się tragicznie. Chaos towarzyszący wycofaniu się NATO i przejęcie władzy przez talibów zostawia nieodparte wrażenie, że ofiara tysięcy poległych i rannych żołnierzy została zmarnowana. Takie jest odczucie wśród większości weteranów wojny w Afganistanie, z którymi przez ostatnie dni rozmawiam. Nawet wśród tych rekrutów, którzy w 2018 roku pojechali na misję afgańską nie jako ,,Pokolenie 11 września” – urodzili się bowiem później…

Tegoż dnia skręciłem na południe w Park Avenue i spokojnie potoczyłem się na Dolny Manhattan, gdzie pracowałem kilka przecznic od Mostu Brooklińskiego. Nie zdążyłem dobrze wypić porannej kawy, kiedy za oknem mojego gabinetu słychać było potworny zgrzyt. Bang!!! Jakby ktoś włączył ogromny odkurzacz z potężnymi silnikami… Trudno jednak porównać dźwięk, który słyszy się po raz pierwszy. Jak również nie można było znaleźć porównania dla wydarzeń, które toczyły się niespełna milę od mojego biura. Kiedy pierwszy samolot uderzył w Wieżę Północną o 8.46 oprócz ogromnego pisku widać było niewiele. Gęstość budynków na Dolnym Manhattanie nie pozwala na znalezienie szerszej perspektywy, jeśli ktoś – tak jak jak – urzęduje na pierwszym piętrze…Po chwili do pokoju wpada jeden z moich pracowników i opowiada dziwne rzeczy: Widziałem na dole 767! Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. Wiedziałem, że się nie myli, gdyż jest pilotem…Spytałem: Gdzie?! Spojrzał na mnie i powtórzył: Leciał dwie przecznice nad nami! Spojrzałem przez okno i zauważyłem tłum biegnących ludzi. Zeszliśmy na zewnątrz, a wcześniej złapałem aparat fotograficzny pozostawiony z mojej weekendowej wycieczki ornitologicznej w Jamaica Bay.

Po wyjściu na zewnątrz doznałem uczucia, które pamiętam do dziś – potworny zapach spalanej gumy i topiącej się metalowej konstrukcji budynku. Przedostaliśmy się w kierunku kościoła Świętej Trójcy. Jak się później okazało – ten niewielki budynek przetrwał prawie nienaruszony całą katastrofę. Jednak nieopodal dalej kolejne BANG!

Na dole widać krzyż z kościoła św. Trójcy. Przetrwał nienaruszony…

Widzimy jak drugi samolot uderza w więżę południową. Ludzie zachowują się dziwnie. Niektórzy robią zdjęcia, inni zatrzymują się nieruchomo i wpatrują w płonące WTC. Kompleks dwóch wież był tak ogromny, że osoby wychodzące z podziemia nie wiedzieli co się dzieje. Przez kilka minut pracownicy w wieży południowej spokojnie pracowali nie zdając sobie sprawę, że ,,jej sąsiadka” płonie. Wszystkich jednak przytłaczał ten potworny duszący zapach. Pomyślałem, że tak cuchnie piekło…

Dwadzieścia lat później nie ma już WTC.

Pozostało ,,Pokolenie 11 września”. Każdemu ze świadków tych dramatycznych wydarzeń utkwiło coś szczególnego z tego traumatycznego, słonecznego wtorkowego poranka. Podobno zapach zostaje w ludzkiej pamięci najdłużej. Ja jednak pamiętam szczególnie dwie rzeczy. Pierwsza to solidarność Nowojorczyków, którzy w kolejnych tygodniach pomagali sobie nawzajem w sprawach najbardziej prostych. Kiedy ograniczono ze względów bezpieczeństwa wjazd samochodów na Manhattan (trzeba było mieć przynajmniej dwóch pasażerów) kierowcy zatrzymywali się przed mostami i zabierali nieznajomych. Tak po prostu…Druga rzecz to ludzka fala. 11 września po południu dziesiątki tysięcy ludzi przechodziło pieszo przez mosty z Manhattanu do innych dzielnic. Widok rzadko spotykany w Ameryce. Kiedy widzę ponownie tysiące uchodźców z Bliskiego Wschodu lub Afganistanu to przypomina mi się ,,ludzka fala” z 11 września…