Jak Portugalia wygrywa z pandemią

Portugalczycy dostrzegają u siebie wiele podobieństw z Polakami. Trudna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do ,,szukania szczęścia” na emigracji. Stąd tak wielu z nich z różnym skutkiem dzieli swoje losy z naszymi rodakami w Wielkiej Brytanii czy też Holandii. Podobieństwa pomiędzy mieszkańcami znad Wisły i Tagu nie dotyczą jednak walki z pandemią. W tej dziedzinie Portugalia radzi sobie zadziwiająco dobrze i zdecydowanie lepiej niż Polska. Spędziłem ostatnio kilka tygodni w tym kraju, kiedy fala COVID-19 znacznie opadła, a poziom pełnego zaszczepienia społeczeństwa osiąga 90%. Dlaczego zatem Portugalczycy – żyjący w państwie mającym wiele problemów gospodarczych i administracyjnych – potrafili sobie poradzić tak efektywnie z pandemią, a Polacy znajdują się w obliczu – prawdopodobnie najtragiczniejszej w skutkach – kolejnej jej fali?

Wydawać się może, że poziom dyscypliny społecznej wśród mieszkańców południa Europy nie powinien być większy niż w Polsce. ,,Południowcy” znani są bowiem z licznych ,,luzów” w przestrzeganiu prawa, dostosowując je ,,w zależności do potrzeb”. Podobnie jak w Polsce…Jednak w dobie COVID-19 przemieszczając się po Portugalii można być mile zaskoczony. Ludzie – niezależnie od wieku – stosują podstawowe zasady zapobiegawcze w walce z wirusem, gdzie właściwe zakrywanie ust i nosa stało się normą. Natomiast w polskim przypadku normą stało się odkrywanie nosa, czyli tej części ciała, gdzie nagromadzenie koronawirusa jest największe. Taki stan rzeczy nie wynika z wiedzy tajemnej, tylko bardziej z nastawienia i kultury osobistej, gdzie troska o zdrowie drugiego człowieka jest sprawą drugorzędną…

Zostawmy jednak kwestie kultury społecznej, a przyjrzyjmy się problemowi szczepień. W jaki sposób udało się Portugalii w pełni zaszczepić prawie 90% społeczeństwa? Zadałem to pytanie znajomym Portugalczykom i wszyscy wskazują na jednego ojca sukcesu – admirała Henrique e Melo. W styczniu bieżącego roku portugalski system opieki zdrowotnej załamał się pod wpływem COVID-19, kiedy w ostatnim tygodniu tego miesiąca zmarło ponad 2000 osób. Wtedy mniejszościowy rząd w Lizbonie powołał specjalną grupę operacyjną do spraw szczepień na czele której stanął admirał Melo.

Kiedy obecnie sytuacja epidemiologiczna w Portugalii jest w pełni opanowana, a na ulicach można znaleźć plakaty z napisem: ,,Zwalczaj p…COVID!”, u nas po raz kolejny minister zdrowia i jego doradcy są ,,zaskoczeni” tempem rozwoju pandemii. Lakoniczne komunikaty o konieczności wprowadzenia ponownych obostrzeń ze strony polskiego Ministerstwa Zdrowia bardziej irytują niż utrzymują w przekonaniu, że rząd ,,wie co robi”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ponownie w walce z COVID-19 nie wyciągamy wniosków nie tylko ze swoich błędów, lecz również nie korzystamy ze wzorców innych państw. Po raz kolejny zatem ,,potykamy się o ten sam kamień…”

Portugalczycy początkowo z rezerwą przyjęli oddanie zarządzania programem szczepień wojskowemu, szczególnie wtedy kiedy admirał Melo występował w mediach w umundurowaniu. Przekonywał on społeczeństwo, że ,,znajdujemy się w stanie wojny i potrzebna jest kolektywna mobilizacja, gdzie nie ma miejsca na kompromisy”. Wojskowemu udało się stworzyć specjalną grupę do walki z pandemią w skład której weszli nie tylko militarni logistycy, lecz również lekarze, matematycy, statystycy, etc. Jednocześnie politycy odsunęli się w cień pozwalając admirałowi realizować zadania. Dzięki temu program szczepień nie był kojarzony przez społeczeństwo z polityką. Kluczowego znaczenia nabrała kompetentna społeczna komunikacja kampanii szczepionkowej. Przyniosła skutki. Na jej początku prawie 40% Portugalczyków sceptycznie podchodziło do szczepień. Obecnie niespełna 2.2 %…Wojna zatem jest zbyt poważną sprawą, aby zostawić ją wyłącznie wojskowym. Podobnie walka z COVID-19 nie powinna spoczywać tylko na barkach polityków…