Protesty w Kanadzie – koniec mitu?

Kanada rzadko przyciąga uwagę międzynarodową z powodu problemów wewnętrznych. Ostatnie tygodnie przyniosły jednak niepokojące informacje z kanadyjskiej stolicy, gdzie zmilitaryzowane grupy prawicowych populistów sparaliżowały miasto posługując się sloganem ,,konwoju wolności”. Znajomi mieszkańcy Ottawy pisali do mnie zirytowani, że sytuacja jest surrealistyczna w ,,najnudniejszym” mieście Kanady. W przeszłości tyle było bowiem protestów w Ottawie, co korków ulicznych, a wielu ludzi z nudów jeździło do pracy na łyżwach. Tym razem jednak sytuacja wygląda inaczej…

Bezczynność policji i mniejszościowego rządu federalnego Justina Trudeau wzbudziła wściekłość większości Ottawczyków, kiedy niewielka grupa populistów prawicowych sparaliżowała życie w mieście. Znajdujący się w prywatnych rękach Ambassador Bridge i główny szlak komunikacyjny do Stanów Zjednoczonych został zablokowany. Wszystko miało miejsce w świetle korzystania z ,,prawa do wolności”, gdy kierowcy ciężarówek nie chcieli poddać się rygorowi szczepień po przekraczaniu granicy z USA. Nie o to jednak chodzi. Ponad 90 % kierowców jest bowiem zaszczepiona…

Znajomi Ottawczycy z zaszokowaniem zauważyli, że pod płaszczem ,,wolnościowych” protestów pojawiły się na ich ulicach zmilitaryzowane grupy prawicowych sympatyków mających swoje doświadczenia w armii i służbach specjalnych. Tym samym część objętych zamieszkami dzielnic miasta poddana została – przy bierności policji – reżimowi kontroli, gdzie protestujący wyznaczyli spośród swoich szeregów ,,kapitanów ulic” oraz tzw. funkcjonariuszy pokoju (peace officers). Rościli oni sobie prawo do zatrzymywania mieszkańców, którzy ,,stwarzali problemy”.

W tym kontekście przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat z Londynu, kiedy na fali wzrostu sympatii dla islamskich ekstremistów w arabskich dzielnicach zaczęły formować się religijne milicje nakazujące kobietom zakrywanie twarzy. Miało to miejsce – podobnie jak w Ottawie – przy znacznej bierności policji. W stolicy Kanady zgłoszono ponad 400 incydentów stosowania przemocy przez protestujących wobec mieszkańców (często dochodziło do ataków na osoby noszące maski), a alarmowy numer 911 był blokowany przez prawicowych demonstrantów, aby utrudnić poszkodowanym wezwanie o pomoc.

Kiedy rząd federalny zdecydował się w końcu skorzystać po raz pierwszy od 50 lat z prerogatyw zawartych w Ustawie Nadzwyczajnej i siłą likwidować protest zarekwirowano znaczną liczbę sztuk broni. Kanadyjczycy zastanawiają się jednak czy chaos, który trwał przez kilkanaście dni w ich stolicy, to aberracja społeczna wynikająca z wykorzystania przez grupy prawicowe frustracji ludzi z trwającej ponad dwa lata pandemii, czy też obalenie mitu Kanady jako państwa o ugruntowanej stabilizacji i niskiej polaryzacji społeczeństwa. Dotychczas mieszkańcy Kanady w sposób dość zdyscyplinowany poddawali się reżimowi pandemicznemu. Dotyczy to również prowincji zarządzanych przez partie prawicowe. Pojawiające się sporadycznie protesty w sprawie noszenia masek skierowane były częściej przeciwko władzom lokalnym, które miały robić zbyt mało celem ochrony zdrowia obywateli. Kanadyjczycy wykazywali przy tym znaczną solidarność społeczną, gdzie zaszczepiono ponad 83 % społeczeństwa.

Stąd protesty ,,konwoju wolności” nie spotkały się z szerszą aprobatą społeczną, a w samej stolicy wywołały wściekłość jej mieszkańców. Prawicowi populiści wykrzykujący na ulicach ,,wolność” i wymachujący banerami z portretami Trumpa i flagami Konfederacji nie mieli na myśli jakichkolwiek praw człowieka. Zaczęły pojawiać się żądania natury politycznej, gdzie wzywano do ustąpienia rządu federalnego czy też aresztowania osób odpowiedzialnych za obostrzenia pandemiczne. Frustracja zmęczonego pandemią społeczeństwa została wykorzystana przez zwolenników prawicowej Partii Ludowej, której szef Maxime Bernier stał się stałym bywalcem protestu w Ottawie.

Kanadyjczycy zaczynają się zastanawiać, czy mit ich kraju – jako państwa, gdzie ludzie przestrzegają kontraktu społecznego i unikają polaryzacji – w tej chwili pryska. Większość z nich zakładała, że protesty kierowców mają charakter weekendowy. Stąd początkowa obojętność wobec blokowania ulic miast, czy też zakłócania spokoju mieszkańców potężnymi klaksonami ciężarówek. Okazuje się jednak, że pod płaszczem niezadowolenia z restrykcji pandemicznych kryje się coś więcej. ,,Ludzie są źli i zmęczeni” – pisał do mnie kolega z Ottawy. Podzieliłem jego opinie o sfrustrowanych nastrojach w Europie i Stanach Zjednoczonych. Czy zatem, w sytuacji kiedy pandemia powoli ,,odpuszcza”, możemy spodziewać się tysięcy niezadowolonych obywateli różnych państw demonstrujących na ulicach swoją wściekłość. Pytanie pozostaje tylko: wściekłość na kogo?